Iñárritu próbuje wejść w buty Kubricka, chociaż są dla niego za ciasne.
Bądźmy szczerzy, „Doktor Strangelove”, przy wszystkich swoich zaletach, jest średnio zabawny. Peter Sellers dwoił się, troił i stawał na rzęsach, ale żółcią napisany scenariusz sprawia, że widzom śmiech grzęźnie w gardle. Kasandryczna wizja w ciało się nie oblekła. Dostarczyła za to paliwa rzeszy aktywistów i handlarzy strachem. Obrona planety przed chciwością i głupotą gatunku Homo sapiens trwa. Zdaje się jednak, że wszystkie starania poszły w piach, skoro po 62 latach pomysły reżysera mizantropa powiela zdobywca czterech Oscarów.
Apokalipsa, której psim swędem udało się uniknąć w epoce Beatlesów, nadejdzie teraz.
Recenzja została opublikowana w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy .
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
