Rubio wskazał, że są trzy powody zaniepokojenia Waszyngtonu.
– Wzrost cen ropy naftowej, który obserwowaliście w ostatnich kilku tygodniach – obecnie się ustabilizował – jest w przeważającej mierze związany z Morzem Czarnym, Ukrainą i Rosją, a także Jemenem i Huti – podkreślił Rubio.
Jak wyjaśnił, dylemat polega na tym, że na Ukrainie mówi się: "każdej nocy Rosja wystrzeliwuje rakiety w kierunku Kijowa i atakuje ludność cywilną, a zatem Ukraina musi odpowiedzieć”. Według Rubia ma to zatem wpływ na światowe ceny paliw.
– Jednak jedyne, co nas niepokoi, to fakt, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy wielokrotnie dochodziło do ataków na statki podległe Ameryce – prawdopodobnie nieumyślnie, ale mimo to ze strony Ukrainy. Nie możemy na to pozwolić. Ten problem musi zostać rozwiązany – wskazał sekretarz stanu.
Rubio podkreślił, że prezydent Donald Trump nieustannie zabiega o zakończenie wojny na Ukrainie i jest gotowy dołożyć wszelkich starań, aby do tego doprowadzić. Rubio przyznał jednak, że nie będzie to łatwe.
– Ale wciąż mamy nadzieję, że coś się wydarzy, bo wiecie, że Rosjanie cierpią – tysiące żołnierzy ginie co tydzień. Oczywiście Ukraina również jest pod presją. To naprawdę bardzo szkodliwe dla obu stron. I chcemy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby temu zapobiec. Niestety, to bardzo trudne – powiedział.
Nadzieja na deeskalację?
W poniedziałek Donald Trump opublikował na ten temat krótki wpis na platformie Truth Social. Według prezydenta USA zarówno Rosja, jak i Ukraina wyraziły zgodę na zaprzestanie ataków na obiekty infrastruktury energetycznej.
Trump wyraził twierdzenie, że "wzrost cen oleju napędowego na świecie jest spowodowany głównie wojną rosyjsko-ukraińską, a nie konfliktem Amerykanów z Iranem.
Czytaj też:
Konsekwentnie nie dać wciągnąć Polski w wojnę. USA zalecają deeskalację Czytaj też:
Eksperci z USA publikują scenariusz "ograniczonego ataku" na NATO
