Luksemburska popielniczka, czyli co po nas zostanie?

Luksemburska popielniczka, czyli co po nas zostanie?

Dodano: 
Niemcy koronawirus, zdjęcie ilustracyjne
Niemcy koronawirus, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: PAP / FOCKE STRANGMANN
Dzień 686. Wpis nr 675 | Koronawirus ma jednak pewne korzyści. Wzorem innych, jakby się tak umówić ze sobą na wyłącznie własną perspektywę, to można znaleźć nawet i zalety.

Ostatnio miałem taką konwersację na jakimś forum, gdzie jakiś twitterowicz dowodził, że: „Moje dzieci już po drugiej dawce i w niczym nie przypominają tego fake newsa… [wpis dotyczył NOPa dziewczynki po szczepieniu].Nie mają też po poprzednich szczepieniach autyzmu i innych pierdół, którymi straszą antysczepy. Im głupszy naród tym więcej antyszczepów”. Pomyślałem, że jest jednak wielu takich ludzi, co jak sami czegoś nie przeżyli to tego nie ma, jeśli im własne przeżycia nie pasują do obrazu świata (głównie przedstawionego). I postanowiłem się przyjrzeć temu kowidowi z mojej perspektywy. Bez podpierania się źródłami. A więc korzyści. Moje, subiektywne.

Dzielę je na pozytywne i negatywne. Pozytywne to oczywistości ale negatywne to przykre otrzeźwienia. Przerobimy najpierw te negatywne, to znaczy zderzenie z rzeczywistością i pozbawienie złudzeń. No, w sumie – korzyść w formie czasem trudnej, bo przykrej. No, było tego. Zacznijmy od dużych buł. A więc porządek świata. Jednak my lud to mierzwą jesteśmy i można zrobić z nami co się chce. Kolejny, to media – mimo, żem stamtąd, to nie wiedziałem, że aż tak. Kolejne, to otrzeźwienie co do tzw. „polskiego genu wolności”. Nie ma niczego takiego. Od 1981 roku nic nie wskazuje, żebyśmy coś nowym pokoleniom przekazali w tym względzie. No i polityka – całkowicie na użytek wewnętrzny, taki nasz mały mikrokosmos przełożonego z globalizmu braku sprawczości. W uścisku samoobsługowej wojny polsko-polskiej. Wiem, to wszystko się tam tliło, widziane jedynie przez nawiedzone Kasandry. Teraz przyspieszyło. Taki to wirus.

No i podział społeczny, zaskakujący, bo dotąd obserwowany przeze mnie z zewnątrz. Dziś w samym środku znajomych rozłupujący na pół plemiona wojny kowidowej. Obdarzony po obu stronach nienaruszalnymi pewnikami, aksjomatami generującymi żałosne kalki… niemyślenia. Przewidywalne, jak kolejne fale zmutowanego wirusa podziału. Zaostrzające się w miarę odjazdu, trenowanego brakiem logiki i wpędzające w dług uzależnienia się od efektów wcześniejszych kompromisów z logiką. Liberalni przyjaciele, którzy daliby się pokroić za wolność przekonań, dziś z ustami pełnymi frazesów, że nie wolno wątpić w oficjalny przekaz, bo jego kwestionowanie powoduje, że ludzie o małych rozumkach i duszach uwierzą w zwodnicze tezy płaskoziemców i pozabijają się i pozakażają rezolutnych. W sumie mania wyższości, że wie się lepiej i ogarnia rozumem prawdy niedostępne maluczkim. Kompensacja braku logiki czy kompleksów? Szybko to poszło, taka „troska” o innych polegająca w sumie na zakneblowaniu. No, dla dobrz przecież. Zakneblowanych.

Teraz mój bilans pozytywnych korzyści? Hmmm… No, po pierwsze – „Dziennik zarazy”. Kowid władował mnie w „dług piśmienny”, bo codziennie pisze te zapiski. Nadaje mi to pewien rytm dnia i życia od prawie dwóch lat, uratowało mnie to w Kwarantannie Pierwszej, bo miałem po co wstawać, siedząc w domu, bez pracy i perspektyw. Trzymał w formie, choć dni były podobne do siebie jak konferencje prasowe ministra Niedzielskiego. I o tym się pisało, o przemianie. Jak sobie wrócę wstecz w zapiskach dziennikowych, to mam gotowe lustro skierowane w przeszłość, widzę obraz przemiany świata. I mnie samego. Trzeba było wstać, wyjść i zacząć od nowa. Jak wielu innych, też doświadczenie wspólnotowe. Nowa praca, nowi znajomi, nowe wyzwania. Życie.

Z rzeczy spektakularnych – rzuciłem fajki. Palacz ze mnie był żaden, raczej się oszukiwałem, że nie palę, jak nie kupuję i kończyło się sępieniem od znajomych. Sam w domu nie paliłem, a że papierosy łączyły mi się zawsze z towarzystwem i alkoholem, to jak mi się chciało zapalić (norma góra 2 dziennie), to kombinowałem całą imprezę u siebie, przychodzili ludzie, w sumie męczyłem towarzystwo po to by sprokurować okazję do zapalenia paru fajek. Słabe. I jak złapałem kowida w zeszłego Sylwestra, to odpuściłem sobie nawet te popalanki. I nic, dociągnąłem równo rok do następnego Sylwestra. Już mi się odechciało i wyszło, że nie ciągnie, a jak ciągnie, to dam radę.

I jak tak sobie myślałem o tym to trafiłem na… Luksemburg. To w ogóle ciekawe miejsce. Leją się tam z policją na tematy kowidowe całkiem ostro, a to przecież jakaś mieścina, gdzie się chyba wszyscy znają. A tu patrzę – widowiskowy, duży, przeszklony właściwie nie kosz, ale jakaś witryna na… niedopałki. Z podziałem na kiepy zaszczepionych i niezaszczepionych. Myślałem, że to fejk w sprawie fajka, ale nie. Sprawdziłem. Mamy więc dwa okienka, nad którymi są szczeliny na włożenie niedopałków. Zastanawiałem się jaki cel?

No, trzeba się nakombinować. Może chcą pokazać do końca ten podział? Że nawet na kiepach będziemy się dzielić? A może to chodzi o te okienka, by było widać ile tych niedopałków jest w podziale na zaszczepionych i niezaszczepionych? Ale wychodzi głupio. Bo z jednej strony jak wyjdzie (a wyszło), że tych zaszczepionych niedopałków jest więcej to wychodzi, że ludzie się szczepią, ale z drugiej strony może bardziej denerwują czy prowadzą niezdrowy tryb życia, bo tych w przedziale dla zaszczepionych to tak lekko ze dwa razy więcej? Co o tym myśleć? Przyjmie się? Rozszerzy? Na co? Tramwaje nur fur vaccinated? Ubrania? Kościoły?

Bo zauważam, że to już nie chodzi o epidemię tylko o zaszczepienie. Kiedyś, za czasów kowidowych, tłumaczono taki rzeczy tym, żeby izolować transmisję. Teraz to już bez znaczenia, bo podział szczepienny tego nie gwarantuje. A jest dominujący odkąd nawet testy są nieważne, ale paszport ze szczepienia sprzed pół roku to już tak, po którym (szczepieniu) śladu (przeciwciał) już w organizmie nie ma. To dziwne, bo ten podział może istnieć nawet jak… kowida nie będzie.

No i ciekawe – co będzie w przyszłości pamiątką, symbolem takiego odjazdu z dni dzisiejszych. Co przyszłe pokolenia będą wskazywać jako ikonę naszych czasów? Co to będzie? Jakiś artefakt, jak ta sanitarystyczna popielniczka publiczna? Jakiś rytuał? Trębacz z dziurką w masce na ustnik? Niemowle w przyłbicy? Jakiś przepis, np. zakaz wstępu do lasu? Brazylijski środkowy w maseczce, ścinający nad siatką na olimpiadzie w Tokio? A może odwrotnie – będą o nas mówili: to były fajne czasy, w porównaniu z tymi, powiedzmy za 10 lat. Albo jeszcze gorzej – nie będą nawet wiedzieli, lub chcieli pamiętać, że było kiedyś inaczej. Że będziemy mieli do czynienia z ciągłym obniżaniem się progu normalności kolejnych „nowych normalności”?

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.

Źródło: dziennikzarazy.pl
 
Czytaj także