Przełom dojrzałego lata i wczesnej jesieni to chyba najlepszy okres na odwiedzenie Budapesztu. Jest ciepło, słonecznie, ale nie upalnie. Postanowiłem wybrać się nad Dunaj, aby zobaczyć, jak wygląda kraina Madziarów po odejściu od władzy Viktora Orbána. I sprawdzić, jak tutejsza prawica radzi sobie w warunkach „demokracji walczącej”. I bardzo szybko zorientowałem się, że wszelkie porównania z naszymi polskimi kłopotami z praktykami Donalda Tuska nie wytrzymują porównania z tym, co tu się dzieje od kwietnia, kiedy to władzę objął Péter Magyar i jego partia TISZA.
Różnica polega na tym, że na Węgrzech sztandarowe ugrupowanie tutejszych „Europejczyków” zdobyło większość konstytucyjną. A dodatkowo w tradycji węgierskiej funkcja prezydenta wybieranego przez parlament była zawsze czysto dekoracyjna. Dopiero tu możemy docenić, jak ważnym hamulcem przed przewagą jednego ugrupowania jest instytucja polskiego, wybieranego w powszechnym głosowaniu prezydenta. Na Węgrzech tej zapory nie ma. I dlatego Péter Magyar może działać z pełną brutalnością.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
