Zacznijmy od tego, że wcale nie jestem pewny, że ta baza amerykańska w Polsce powstanie. Panuje u nas przekonanie, że wszystko zależy od dobrego humoru Donalda Trumpa, który – jeśli wstanie z łóżka prawą nogą – to bazę zbuduje, a jeśli wstanie lewą nogą, to żadnej bazy nie będzie. Równie infantylny jest pogląd, że budowa takiej bazy zależy od tego, czy premierem będzie w Polsce Donald Tusk czy też faworyzowany przez Waszyngton Władysław Kosiniak-Kamysz, np. stojący na czele koalicji PSL-PiS-Konfederacja, a bazy takiej nie będzie, jeśli w przyszłym rządzie będzie „antysemita” Grzegorz Braun etc. To są kwestie drugorzędne. Poważne państwa kierują się swoimi długofalowymi interesami, a nie kaprysami i górnolotnymi hasłami. Stany Zjednoczone to nie Polska. To państwo poważne! Sama możliwość budowy takiej bazy zależy nie od kaprysu narcyza wielkościowego mieszkającego w Białym Domu, lecz od stosunków pomiędzy USA a Rosją. Przypomnijmy: nadal obowiązuje porozumienie o zjednoczeniu Niemiec między Stanami Zjednoczonymi a ówczesnym ZSRS, którego Rosja jest prawnym sukcesorem. W zamian za zgodę Moskwy na to zjednoczenie ustalono, że nie będzie stałych baz amerykańskich na wschód od Odry.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
