"O takiej historii to ja jeszcze nie słyszałem i trzeba sobie zadać pytanie: czy Rzecznik Praw Dziecka jest osobą niezrównoważoną? DOPROWADZIŁA DO ODEBRANIA DZIECI RODZINIE, PONIEWAŻ ZOSTAŁA BRZYDKO POTRAKTOWANA NA ULICY. Policja nie widziała podstaw odebrania, sąd zmasakrował panią rzecznik i jej argumentacje. Tylko dzieci szkoda. Materiał dla ludzi o mocnych nerwach" – pisał pod koniec września na platformie X Krzysztof Stanowski, zamieszczając link do reportażu Kanału Zero o wstrząsającym zachowaniu Rzecznik Praw Dziecka.
Jak informował wówczas serwis Zero.pl, interwencja Rzeczniczki Praw Dziecka Moniki Horny-Cieślak w sprawie rodzinnego incydentu zakończyła się umieszczeniem dzieci w placówce opiekuńczo-wychowawczej. Sąd nakazał jednak ich natychmiastowy powrót do rodziców, a w uzasadnieniu padły bardzo mocne słowa dotyczące działań instytucji.
Teraz temat powrócił za sprawą artykułu Michała Janczura z Wirtualnej Polski. Dziennikarz dotarł do dokumentów pokazujących wcześniejsze problemy rodziny. Krzysztof Stanowski już odpowiedział.
Wraca sprawa rodziny z Białołęki i RPD. Nowe ustalenia
W materiale "12 punktów zapalnych. Nieznane fakty w sprawie Horny-Cieślak i rodziny z Białołęki" Michał Janczura opisał historię rodziny na podstawie dokumentacji gromadzonej przez miesiąc. Zastrzegł przy tym, że nie udało mu się dotrzeć do wszystkich materiałów.
Z ustaleń dziennikarza wynika, że już w 2024 r. sąd ograniczył matce władzę rodzicielską i ustanowił nadzór kuratora. W kolejnych latach pojawiały się zgłoszenia dotyczące dzieci, uruchomiono procedury Niebieskiej Karty, a służby interweniowały w związku z agresywnym zachowaniem partnera kobiety. Dokumentacja wskazywała również na trudne warunki mieszkaniowe, problemy we współpracy z instytucjami i niewykonanie zaleconych badań jednego z dzieci. W kwietniu 2026 r. sąd miał zwrócić się do policji o zwiększenie nadzoru nad rodziną oraz przygotowanie do ewentualnego interwencyjnego odebrania dzieci.
Janczura zwrócił uwagę na rozproszenie informacji między instytucjami. Rodzina zmieniała miejsce zamieszkania, a jej sprawą zajmowały się różne sądy, jednostki policji, kuratorzy i ośrodki pomocy społecznej. W efekcie żadna z tych instytucji mogła nie dysponować pełnym obrazem sytuacji. Jednocześnie dziennikarz zaznaczył, że wcześniejsze problemy nie rozstrzygają, czy sierpniowa interwencja była konieczna w takim zakresie. Podczas poprzedzających ją kontroli dzieci były czyste, nie miały widocznych obrażeń, rodzice byli trzeźwi, a w mieszkaniu znajdowało się jedzenie. Nie udało mu się również uzyskać kwestionariusza, na podstawie którego policja wydała nakazy opuszczenia mieszkania i zakazy zbliżania się wobec rodziców. Nie wskazał więc, jakie dokładnie przesłanki zadecydowały o zastosowaniu tych środków.
Stanowski reaguje na nowe informacje. "Wciąż nie wiadomo"
Do publikacji odniósł się Krzysztof Stanowski. Szef Kanału Zero pochwalił reportaż, ale zarzucił części komentujących, że wykorzystują go przede wszystkim do krytykowania jego redakcji.
"Mam wrażenie, że jednak więcej osób wypowiada się o (dobrym) materiale Michała Janczury z WP niż go obejrzało. I że jest on przydatny do uderzenia w Kanał Zero, a ta rodzina to pretekst" – napisał na platformie X. Wyliczył przy tym elementy, o których wspominali dziennikarze Zero.pl, takie jak m.in. niebieska karta i wyroki.
Według Stanowskiego reportaż pokazuje problemy z koordynacją działań służb i niedoskonałości systemu, ale nie wyjaśnia najważniejszego elementu sprawy. "Z materiału nie wynika, dlaczego doprowadzono do odebrania dzieci. Sam autor o tym mówi" – zauważył.
"Świetnie, że redaktor Janczura pokazał pełny obraz, ale co do meritum jesteśmy w tym samym miejscu: nieidealna rodzina z dziećmi. I wciąż nie wiadomo, dlaczego te dzieci (na chwilę) straciła. Przypominam, że aktualnie dzieci są pod opieką rodziców" – zaznaczył szef Kanału Zero.
Czytaj też:
"Ktoś się jeszcze na to łapie?". Stanowski nie wytrzymał Czytaj też:
Burza po rozmowie w Kanale Zero. "To dla mnie duża lekcja"
