Bosymi Antkami Kaszubi nazywali przybyszów spoza swojego regionu, obcoplemieńców, ludzi mających inny niż oni rodowód. Zwykli ich byli traktować jako swego rodzaju intruzów albo tych, którzy to długo i cierpliwie będą musieli się starać o przyjęcie do kaszubskiej wspólnoty. Poniekąd jestem jednym z owych Antków.
W połowie lat 60. ubiegłego wieku przyszło mi zamieszkać w Gdańsku, który przez niektórych dziejopisów bywa uznawany za pierwszą stolicę Kaszub. Dzisiaj o to zaszczytne miano walczą ze sobą m.in. Kartuzy i Kościerzyna. Muszę przyznać, że w mieście nad Motławą nader rzadko dane mi było usłyszeć kaszubską mowę. Nie słyszało się jej w tramwaju ani w municypalnych urzędach, a jedynie czasem w zatłoczonym barze lub na podmiejskim targowisku. Nie posługiwali się nią również moje koleżanki i koledzy, którzy z pomorskich miast i wiosek, tak jak ja z Kujaw, przybyli na studia w gdańskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej. Podobno niektórzy działali w utworzonym przy Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim Studenckim Klubie Pomorania, ale raczej niewielu z nas kojarzyło ich z owym środowiskiem.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
