Redaktor naczelny "Do Rzeczy" przywołał w tym kontekście dwa charakterystyczne wydarzenia z ostatnich dni. Otóż pod koniec września pojawiła się informacja, że Ukraina po raz pierwszy od 100 lat znalazła się w sytuacji, w której przez cały tydzień nie wyprodukowała ani jednej tony stali. Ponadto, siły rosyjskie nieustannie nękają atakami z powietrza Kijów. Po raz kolejny zaatakowane zostały dwa główne mosty w stolicy Ukrainy. – W najbliższym czasie może dojść do tego, że Dniepr będzie rozdzielał te dwie części miasta – zwrócił uwagę. Przypomniał, że niszczona jest infrastruktura i gospodarka Ukrainy, a mainstreamowe media w Polsce w zasadzie niewiele o tym mówią, koncentrując się raczej na przekazie strony ukraińskiej o sukcesach wojsk ukraińskich oraz ich uderzeniach na terytorium Rosji.
Lisicki: Wojna jest dla Ukrainy nie do wygrania
– Wszystko to przypomina coraz bardziej surrealistyczną opowieść, której głównymi ofiarami oczywiście są Ukraińcy. Jak wielokrotnie mówiłem, w sytuacji, w jakiej znajduje się Ukraina, ta wojna jest nie do wygrania. Im dłużej trwa, tym ukraińskie straty są większe, tym potencjalnie większe są straty terytorialne i w tym gorszej sytuacji jest Kijów i jego mieszkańcy. Pomijam już informację, którą podał parę tygodni temu Donald Tusk, że w lipcu zginęło i zostało rannych, wyeliminowanych z walki 27 tysięcy żołnierzy Ukrainy – powiedział publicysta. – Sytuacja Ukrainy jest coraz bardziej tragiczna. To państwo jest systematycznie niszczone – dodał.
Surrealizm, tragedia Ukraińców i szaleństwo przywódców Zachodu
Lisicki ocenił, że stopień surrealizmu, tragedii i szaleństwa pokazuje postawa decydentów z Zachodu, którzy nie wyciągają z tego, co się dzieje wniosku, że należałoby przejść do dyplomacji z Moskwą i zakończyć wojnę. Będzie wiązało się ze stratą części terytoriów, ale pozwoli uratować i tak olbrzymie ziemie, które Ukrainie zostały i życie ludzi, którzy jeszcze nie zginęli na wojnie.
– Jeżeli mamy do czynienia z tak wyraźną przewagą militarną z jednej strony, to w takiej sytuacji trzeba negocjować porozumienie. Można oczywiście walczyć bez końca, ale efektem jest przedłużanie przegranej. Z każdym kolejnym miesiącem państwo, które jest w takim starciu słabsze, potencjalnie traci więcej. Gdyby w Niemczech, we Francji, w Wielkiej Brytanii rządzili politycy, którzy kierują się zdrowym rozsądkiem to pierwszą rzeczą jaką powinni robić byłoby wywieranie presji na Wołodymyra Zełenskiego i jego otoczenie, żeby jak najszybciej usiedli do realnych negocjacji, czyli pogodzili się ze status quo, które obserwujemy w tej chwili – zwrócił uwagę. Tymczasem elity Zachodu mają pomysł, by Ukraińcy razili cele w Moskwie.
Merz jak wyswobodzony z kaftana
Według amerykańskiej agencji prasowej Reuters władze Niemiec i Kijowa planują wspólne opracować i produkować broń o zasięgu ponad 1000 km, którą Ukraina będzie mogła wykorzystywać do rażenia celów w głębi Rosji. Kanclerz Merz, który zjawił się w Kijowie oznajmił również, że niemieckie pieniądze mają zostać także przeznaczone na budowę dronów.
– Wydawałoby się, że zawsze Niemcy mieli tych polityków pragmatycznych, rozsądnych, aż do bólu, aż do przesady, trzymających się ziemi. A tu mam wrażenie, jakby on wyswobodził się z pewnego rodzaju kaftana, ganiał po okolicy i wygadywał te wszystkie brednie, jakby w ogóle nie rozumiał, jak wygląda sytuacja w tej wojnie i jakie są jej efekty. Otóż jak można stawiać na Ukrainie fabryki dronów, wiedząc, że praktycznie cała przestrzeń powietrzna Ukrainy znajduje się pod ogromną kontrolą i presją ze strony Rosji. Ile trzeba by było wpuścić tych miliardów w to, żeby te fabryki na Ukrainie powstały, ale powstały od początku do końca i nie były w międzyczasie wielokrotnie zbombardowane i zniszczone. To przypomina dokładnie rodzaj pracy Syzyfa. Można wtaczać pod górę wielki kamień, a nic z tego nie wyniknie. Ale Merz to robi – powiedział Lisicki.
W jaki sposób zdaniem KE miałaby nastąpić zmiana sytuacji na korzyść Kijowa?
– Komisja Europejska przeznacza kolejne pieniądze z naszych podatków, nigdzie nie tłumacząc, w jaki sposób wyobraża sobie doprowadzenie do zmiany sytuacji na froncie, do zmiany sytuacji w wojnie. W jaki sposób miałoby to nastąpić? Co miałoby sprawić, żeby Rosjanie – którzy widzą przecież to, co każdy widzi, że ich uderzenia stają się coraz bardziej dotkliwe – mieliby wycofać i powiedzieć: my rezygnujemy, teraz odpuszczamy.
– Udało im się de facto zlikwidować transport zboża przez Morze Czarne, atakując porty w Odessie i w Mikołajowie i w innym otoczeniu w tej części ukraińskiej. Udaje się im sparaliżować transport przez samą Ukrainę. Udaje się im sparaliżować komunikację między obu częściami Kijowa. Udało im się zniszczyć ukraiński przemysł, czy przemysł hutniczy. Dlaczego mieliby nagle i wskutek czego teraz zrezygnować? No tych miliardów, które Unia Europejska przekazuje. Ale przecież Unia Europejska przekazuje, każdy system ma swoje ograniczenia. Ile jeszcze miliardów miałaby przekazać Unia Europejska? Ile jeszcze broni miałoby napłynąć? – pytał retorycznie.
W dalszej części nagrania publicysta przypomniał, że politycy i eksperci w Polsce, Bałtykach, a także Finlandii mówią, że inwazja Rosji na państwo NATO nie nastąpi. Tym bardziej więc Zachód powinien usiłować doprowadzić do tego, żeby Wołodymyr Zełenski zgodził się na realne negocjacje i zakończenie wojny. Jednak rozwój wydarzeń wskazuje zdaniem Lisickiego na to, że Zełenski i jego otoczenie są zainteresowane dalszym toczeniem wojny.
Zachęcamy do obejrzenia całego materiału Pawła Lisickiego na kanale YouTube "Do Rzeczy".
