Konflikt zbrojny na Ukrainie trwa już cztery i pół roku. Nie była to szybka i gładka interwencja militarna, na którą – wedle polityków i mediów zachodnich – liczyć miał Władimir Putin. Zaznaczam, że według źródeł zachodnich, gdyż rosyjski prezydent nigdy o żadnych "trzech dniach" nic nie wspomniał i są to słowa jednego z amerykańskich generałów, które media włożyły w jego usta.
Pojawienie się na polu bitwy dronów uniemożliwiło armii rosyjskiej szybkie zakończenie wojny za pomocą przełamujących front uderzeń pancernych, zgodnych ze strategią wojenną uczoną w moskiewskich szkołach wojskowych od lat 30. ubiegłego stulecia. W efekcie przebieg działań przypomina pierwszą wojnę światową, czyli wojnę prowadzoną w okopach. Mimo to, jeśli tylko spojrzymy na mapę, to zobaczymy, że Rosjanie powoli, zdobywając okop za okopem i wioskę za wioską, prą do przodu. Powoli, ale prą. Na piechotę, i to dosłownie, gdyż drony wyeliminowały z pola bitwy nie tylko czołgi i sprzęt pancerny, lecz także ciężarówki z zaopatrzeniem. Ostatnie 20–30 km przed linią frontu wszystko noszone jest na plecach.
Ukraina otrzymuje od państw zachodnich olbrzymie wsparcie finansowe i materialne, lecz coraz mocniej odczuwa brak tzw. siły żywej. Dla Kijowa rzeczywiście jest to wojna pełnoskalowa, prowadzona wszystkimi dostępnymi zasobami. Jakkolwiek w polskich mediach szarżuje się nieustannie pojęciem "pełnoskalowości", to dla Rosji cały czas jest to wojna ograniczona, prowadzona wprawdzie przy mobilizacji gospodarki, lecz wyłącznie przy pomocy żołnierzy najemnych. W rezerwie pozostają prawie 3 mln przeszkolonych ludzi, których w każdej chwili można powołać do wojska, a całe zasoby demograficzne, które posiada Putin, ocenia się na ok. 17–21 mln mężczyzn, czyli prawie tyle, ile wynosi liczba osób obydwu płci, włącznie z dziećmi i emerytami, znajdujących się pod kontrolą Kijowa (ok. 22–24 mln). Z powodu tej różnicy w zasobach demograficznych Rosja cały czas wysyła na front wyłącznie dobrze (jak na warunki rosyjskie) opłacanych najemników, gdy Ukraina mężczyzn wyłapywanych w autobusach i na porannych spacerach z psami. Ludzie to najsłabsze ogniwo ukraińskiej armii. Ich liczba jest już bardzo ograniczona, a złapani przez "hycli" z tramwajów i ulic rekruci bronią się i strzelają z okopów, ale do kontrataku trudno ich przymusić. Do ataku używa się pułków o ideologii banderowskiej i neonazistowskiej, mających wysokie morale, lecz ich stany kadrowe w 2026 r. wynoszą często połowę stanów wyjściowych i nie ma ich kim uzupełnić. Słowem, największą słabością armii ukraińskiej jest dramatyczny stan kadrowy.
