W niniejszym tekście będę posługiwał się słowem "tolerancja" wziętym w cudzysłów, do znudzenia przypominając, że prawdziwa tolerancja polega na znoszeniu cudzych błędów i odmienności, ale nie wymaga uznania ich za dobre ani prawdziwe. Dzisiejsza "tolerancja" oznacza natomiast obowiązek aprobaty, milczenia wobec zła i podporządkowania sumienia, a także systemu prawnego, najbardziej nawet absurdalnym żądaniom.
W imię owej "tolerancji" coraz częściej cierpią lub giną ludzie, i to wcale niekoniecznie będący przeciwnikami "tolerancji". Całkiem niedawno, w ciągu jednego tygodnia, media opisały dwa potwierdzające to wydarzenia. Głośniejszym z nich był atak islamskiego radykała w Berlinie – zamachowiec wjechał w uczestników parady LGBT, zginęła Polka, która pojechała do niemieckiej stolicy, by wraz z córką celebrować "tolerancję". Zamachowiec rozjechał kilkadziesiąt osób, ale i to nigdy by się nie wydarzyło, gdyby nie... "tolerancja" – w wydaniu już nie osobistym, ale wręcz systemowym.
Otóż mający libańskie korzenie Abdul B. od dawna nie powinien być na wolności, sympatyzował bowiem z Państwem Islamskim a służby podejrzewały, że może zorganizować zamach. Skazano go na rok i 10 miesięcy więzienia w zawieszeniu za "przygotowywanie poważnego, zagrażającego państwu aktu przemocy". Jednym z warunków zawieszenia kary był udział w "programie deradykalizacji", co jednak nie nastąpiło. Mimo tego nie został aresztowany – niemieckie służby, jak wiadomo, bardzo boją się oskarżeń o rasizm i oczywiście "nietolerancję". Tak oto zasługą systemowej "tolerancji" stała się Polka – wielbicielka "tolerancji" – oraz kilkanaście innych osób. A niemieckie media i rządzący winnych tragedii postanowili szukać... na niemieckiej prawicy.
