Leszek Miller w nieco dłuższym wpisie odniósł się do sprawy nowelizacji wprowadzającej unijny Digital Services Act (DSA), czyli ustawy, która, jak twierdzi rząd, ma dać władzy narzędzia do walki z "mową nienawiści" i zapewnić bezpieczeństwo w sieci.
Zdaniem byłego premiera akt normatywny przygotowany przez resort ministra Krzysztofa Gawkowskiego przyznając administracji nowe uprawnienia do ograniczania dostępu do treści w internecie, przy pozostawieniu nieostrych przesłanek ich stosowania, stwarza ryzyko nadużyć. Rezultaty zdaniem Millera mogą być groźne dla wolności słowa i dla demokratycznej debaty. Polityk zaznaczył, że ustawa nie wprowadza automatycznie politycznej cenzury – byłoby to jego zdaniem zbytnie uproszczenie sprawy.
Kto ochroni społeczeństwo przed nadużyciami władzy?
W ocenie wieloletniego polityka SLD powstają dwa zasadnicze pytania. Po pierwsze, gdzie kończy się uzasadniona ochrona obywateli przed treściami nielegalnymi, a zaczyna kontrolowanie debaty publicznej? Po drugie, jak władza, która chce decydować, przed jakimi informacjami należy chronić społeczeństwo, zamierza wyjaśnić, kto ochroni społeczeństwo przed nadużyciami samej władzy. Demokracja nie potrzebuje ministerstwa prawdy. Potrzebuje obywateli, którzy mogą mówić bez pytania urzędu o zgodę.
Wolność słowa obejmuje również opinie niewygodne dla rządzących
Miller zaproponował przypomnieć sobie o zasadzie, o której rządzący – niezależnie od barw politycznych – zdają się niekiedy zapominać. "Wolność słowa nie polega na prawie do głoszenia wyłącznie poglądów prawdziwych, rozsądnych i akceptowanych przez władzę. Obejmuje również prawo do opinii błędnych, niepopularnych, kontrowersyjnych i niewygodnych dla rządzących. Granicą jest prawo, a niepolityczna wygoda" – przypomniał. "Stąd też rozróżnienie między treścią nielegalną, a treścią uznaną przez kogoś za nieprawdziwą, szkodliwą albo politycznie niepożądaną nie jest szczegółem technicznym. To sedno sprawy. Nie każda fałszywa informacja jest przestępstwem. Nie każda kontrowersyjna opinia jest dezinformacją. Nie każda wypowiedź godząca w interes rządu narusza prawo" – podkreślił.
Instrumenty władzy przeciwko legalnej krytyce politycznej
"Czy zatem przepisy w projekcie ustawy wyposażają państwo w instrumenty, które przy szerokiej interpretacji mogą zostać użyte przeciw legalnej krytyce politycznej? Tak, niestety takie ryzyko istnieje. Mechanizmy stworzone do zwalczania treści nielegalnych mogą objąć także wypowiedzi zgodne z prawem, jeżeli przesłanki zostaną odczytane zbyt szeroko albo zastosowane instrumentalnie. Szczególne zastrzeżenie budzi kolejność rozstrzygnięć. Projekt przewiduje, że nakaz ograniczenia dostępu do określonych treści wydaje organ administracyjny – prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej albo przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Pierwsza ocena należy więc do urzędników, nie do niezależnego sądu. Kontrola sądowa i gwarancje proceduralne są przewidziane nie usuwają jednak zasadniczego pytania: dlaczego to urząd, a nie sąd, ma jako pierwszy oceniać, czy obywatel przekroczył prawne granice wypowiedzi?" – zwrócił uwagę były szef rządu.
Niebezpieczna ustawa Tuska. Leszek Miller podaje przykłady
Miller podkreślił, że nie jest to problem wyłącznie teoretyczny. "Wystarczy wyobrazić sobie, że ostre wystąpienie przeciw polityce migracyjnej, krytyka stosunków polsko-ukraińskich albo kwestionowanie oficjalnej oceny zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa zostaje błędnie zakwalifikowane jako treść naruszająca prawo. Nawet jeśli autor ostatecznie wygra przed sądem, samo postępowanie może wywołać efekt mrożący. Inni zrezygnują z głosu w sprawach kontrowersyjnych, zanim ktokolwiek rozstrzygnie, czy mieli do niego prawo. Ryzyko rośnie tam, gdzie decyzji można nadać rygor natychmiastowej wykonalności: szkoda powstaje przed kontrolą sądu, a naprawienie błędu nie odwraca już w pełni skutku milczenia" – podał przykład.
Potrzebna realna kontrola sądu
"Nie oznacza to, że internet ma być przestrzenią bezkarności. Groźby, oszustwa, nawoływanie do przemocy, materiały związane z wykorzystywaniem dzieci i inne czyny zabronione wymagają skutecznej reakcji państwa. Każda ingerencja w wolność wypowiedzi musi jednak mieć jednoznaczną podstawę prawną, służyć uzasadnionemu celowi, być konieczna i proporcjonalna oraz podlegać realnej kontroli niezależnego sądu" – zaznaczył Miller.
Wolność słowa jest prawem obywatela
"Rząd powinien więc odpowiedzieć na konkretne pytanie: Skoro deklarowanym celem jest zwalczanie treści nielegalnych, jakie gwarancje sprawią, że administracyjne blokowanie internetu nie zostanie użyte do ograniczania legalnej krytyki politycznej? Nie wystarczy zapewnienie, że obecna władza nie ma takich zamiarów".
"W państwie demokratycznym obywatel nie powinien zależeć od dobrej woli rządzących. Wolność słowa jest prawem obywatela, nie przywilejem udzielanym przez władzę. Żadna władza, nawet przekonana o własnej nieomylności, nie powinna o tym zapominać" – podsumował.
Czytaj też:
"Istnieją tylko dwie płcie". NASK: To dezinformacja Czytaj też:
Cenzura prewencyjna. Ziemkiewicz: Być może od tego zależy immunitet Tuska Czytaj też:
Ustawa umożliwiająca cenzurę internetu. Jakubiak: Bezczelne wykorzystywanie tragedii
