Zamiast ubolewać, że świat zwariował, trzeba zacząć go zmieniać

Zamiast ubolewać, że świat zwariował, trzeba zacząć go zmieniać

Dodano: 46
Zbigniew Ziobro, Jarosław Kaczyński, Jarosław Gowin
Zbigniew Ziobro, Jarosław Kaczyński, Jarosław Gowin / Źródło: PAP / Bartłomiej Zborowski
Dr Tymoteusz Zych | Istotą problemu, z którym się dzisiaj mierzymy, jest zanegowanie obiektywnego charakteru rzeczywistości. Tylko po przyjęciu takiego założenia lewicowy bojówkarz bijący w biały dzień na ulicy niewinnego człowieka może stać się „aktywistką aresztowaną za poglądy”, samorządy wspierające rodzinę i małżeństwo mogą znaleźć się w Atlasie nienawiści, a oparcie rekrutacji do pracy na państwowej uczelni o kryterium płci może zostać przedstawione jako „zwalczanie dyskryminacji”.

To ten sam sposób myślenia, który w minionym ustroju pozwalał nazwać przepisy o cenzurze „ustawą o wolności prasy”, a normy ograniczające wolność praktykowania religii „ustawą o wolności sumienia”. Głęboki kryzys społeczny wynika z faktu, że swoją rolę przestały właściwie pełnić podstawowe instytucje, na których ugruntowany był porządek społeczny. Pustka aksjologiczna łatwo została wypełniona przez świetnie zorganizowanych i przekonanych o swojej sprawczości ideologów skrajnej lewicy.

Marcin Kędzierski kreśli pesymistyczną wizję teraźniejszości i przyszłości Polski oraz Europy, które mają być skazane na coraz głębszy nihilizm. Jego esej zasługuje na polemikę, bo można go potraktować jako reprezentatywną syntezę stanowisk tej części polskich elit, które dostrzegają głęboki cywilizacyjny kryzys, jakiego doświadcza dzisiaj Europa, ale zarazem deklarują wobec niego bezradność.

Wbrew postawionym przez Kędzierskiego tezom nasza przyszłość nie jest zdeterminowana przez niezmienne prawidłowości, a ludzie nie są jedynie biernymi aktorami w teatrze historii, w którym ktoś z góry rozpisał nasze role. Problemy, których doświadczamy nie mają charakteru uniwersalnego i dotyczą tylko jednego kręgu kulturowego. Przyjęcie deterministycznej historiozofii może służyć jako proste usprawiedliwienie bierności, ale nie pozwala prawidłowo określić istoty procesów, które obserwujemy oraz wyzwań, jakie przed nami stoją.

"Efekt Edypa", czyli samospełniające się przepowiednie

W Nędzy historycyzmu Karl Popper opisuje zjawisko, które nazywa „efektem Edypa”. W tragicznym ciągu zdarzeń, którego doświadcza mitologiczny bohater, kluczową rolę odgrywa delficka wyrocznia. Przepowiadając przyszłe zdarzenia kreuje bowiem przekonania co do nieuchronnego rozwoju sytuacji, a poprzez to wpływa na jej bieg i tragiczny finał. Jak wskazuje Popper prognoza „może stać się przyczyną zdarzenia, które, gdyby nie zostało przewidziane, mogło w ogóle nie nastąpić”.

Ta sama prawidłowość „samospełniającej się przepowiedni” została szeroko zbadana w życiu zbiorowym, w którym powszechnie panujące przekonania wpływają często na bieg wydarzeń. Ekonomiści lubią przytaczać zjawisko tzw. runu na banki, który występuje, gdy rozchodzi się plotka o tym, że instytucje te stoją na granicy wypłacalności. Efektem masowego wycofywania depozytów jest w praktyce bankructwo części z nich.

Nie sposób tych prawidłowości nie odnieść do procesów cywilizacyjnych w ich najszerszym wymiarze. Edward Gibbon trafnie wskazuje, że jedną z głównych przyczyn upadku Cesarstwa Rzymskiego na zachodzie było powszechne przekonanie o jego nieuchronności. Nie inaczej jest z przesądzonym podobno przynajmniej od stulecia „zmierzchem” cywilizacji europejskiej.

Współczesny determinizm to efekt naiwnego przekonania, że życiem społecznym rządzą podobne proste i niezmienne prawa jak światem fizyki. Skoro możemy przewidywać ruchy gwiazd, to czemu mielibyśmy nie przewidywać przyszłego biegu dziejów społecznych – pytali filozofowie naiwnie zafascynowani szybkim rozwojem nauk ścisłych. Szybko okazało się, że w życiu społecznym nie funkcjonują podobne prawidłowości jak w przyrodzie, a w celu przewidywania przyszłych zdarzeń stworzono nową „metodę intuicyjną”. Mimo znikomej wartości poznawczej, ten sposób myślenia szybko zyskał dużą popularność dając ludziom pozory wiedzy o przyszłości.

Jeden z prekursorów determinizmu, Georg Hegel, który opisywał na podstawie arbitralnych założeń „pochód ducha przez dzieje”, usłyszał kiedyś od odważnego studenta, że jego teoria nie tylko pełna jest uproszczeń, ale przeczą jej fakty. „Tym gorzej dla faktów” – odparł w odpowiedzi.

Podobny dogmatyzm cechował determinizm marksistowski, który w oparciu o „metodę naukową” miał określić przyszły bieg historii. Od początku usprawiedliwiał on rewolucyjną przemoc, która miała być „historycznie nieunikniona”, a w związku z tym słuszna. Dotyczy to także współczesnych neomarksistów, którzy w podstawowych instytucjach społecznych i całym dorobku europejskiej kultury widzą jedynie „nadbudowę” stosunków władzy, które czekać ma „niechybny upadek”, a każdy, kto w nie uderza, realizuje „dziejową konieczność”.

Popper, punktując brak logiki i uproszczenia deterministów, nie ma wątpliwości, że człowiek może wpływać na historię. Te obserwacje wziął sobie do serca jeden z jego najwybitniejszych seminarzystów, George Soros. Stały się one inspiracją dla budowy Open Society Foundations, które działają dzisiaj w kilkudziesięciu krajach i niezwykle skutecznie dążą do urzeczywistnienia Popperowskiej liberalnej wizji „otwartego społeczeństwa”. Ich twórcy nie tylko nigdy nie przejmowali się „prawidłowościami historii”, ale – paradoksalnie – z powodzeniem sprawili, że w wielu krajach społeczeństwa uwierzyły w nieuchronny triumf i „dziejową konieczność” głoszonej przez nich wizji świata.

Obserwacje Poppera nie są odosobnione. Do bardzo podobnych wniosków doszedł w eseju „Jeśli Europa nienawidzi samej siebie?” Joseph Ratzinger wskazując, że przyszłość nie zależy od abstrakcyjnego „ducha dziejów”, ale od „kreatywnych mniejszości” i działań konkretnych ludzi.

To zresztą obserwacja z gruntu chrześcijańska – u podstaw chrześcijańskiej antropologii leży bowiem rozpoznanie prawdy o wolnej woli człowieka, która pozwala każdemu tak w życiu indywidualnym, jak i społecznym, na świadomy wybór pomiędzy dobrem i złem.

Kryzys rzeczywiście powszechny?

Trudno nie dostrzec symptomów głębokiego kryzysu społecznego, którego dotkliwie doświadcza nie tylko Polska, ale też duża część Europy. Łatwo jednak obserwując zjawiska, które widzimy w swoim otoczeniu, dojść do zbyt daleko idących uogólnień.

Z jednej strony widzimy, że rosnąca atomizacja społeczna w największych miastach i kulturowe wykorzenienie wielu ich mieszkańców pozwalają ziścić się marzeniu Benjamina Barbera, który przewidywał, że metropolie staną się bastionem lewicy. Wystarczy jednak spojrzeć już na przedmieścia i odwiedzić mniejsze miejscowości, by znaleźć głębiej zintegrowane wspólnoty, rodziny wychowujące dzieci i ludzi doceniających wartości, które od stuleci leżą u podstaw społeczeństwa.

Zamiast stawiać ogólne tezy warto przyjrzeć się faktom. W ostatnich latach nawet na Zachodzie widzimy, że ideologiczna wizja nowej lewicy stopniowo traci na atrakcyjności.

Nie sposób jest na stałe stłumić leżącej w naturze człowieka potrzeby budowy trwałych relacji, założenia rodziny i poszukiwania porządku w swoim życiu, który ma wyraz w uznaniu jasnych i stabilnych norm etycznych. Dowodem na to jest choćby niesamowita popularność „psychoterapeuty Zachodu” Jordana Petersona.

Nie tylko obnaża on fatalne skutki „rewolucji seksualnej”, ale jasno mówi o sprawach, które są oczywiste, ale bardzo często nie są wyrażane publicznie. Przypomina, że kobiety i mężczyźni różnią się od siebie, ich role się dopełniają i że samo w sobie jest to dobre. Mówi głośno, że prawa nie mogą być trwale chronione bez powiązania z obowiązkami, a potrzeba wychowania dzieci nie jest mniej ważna niż „zawodowe spełnienie się”. Sam Peterson, który nie unika nawiązań do norm i obserwacji na temat ludzkiej natury zawartych w Biblii, przyznaje, że pomaga wielu ludziom Zachodu wypełnić pustkę wynikającą z odrzucenia transcendencji.

Także teza o powszechnym kryzysie religijności wydaje się być postawiona na wyrost. Te same sondaże Pew Research Center, które pokazują spadek zaangażowania religijnego Polaków, wskazują, że w niemal wszystkich państwach prawosławnych religijność wyraźnie wzrosła na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Szczególnie wyraźnie widać w Bułgarii, w Rumunii i na Ukrainie. W obu Amerykach rośnie społeczne znaczenie wspólnot zielonoświątkowych, których nauczanie wprost przekłada się na toczącą debatę polityczną. To one miały rozstrzygający wpływ na postulaty społeczne Trumpa czy Bolsonaro.

Teza o rosnącej religijności społeczeństw żyjących poza obszarem kultury zachodniej wydaje się być truizmem, ale nie każdy zdaje sobie sprawę, że w ostatnich dziesięcioleciach odnotowano ogromną liczbę konwersji na chrześcijaństwo choćby w Afryce, Chinach i Korei Południowej.

Także na łonie katolicyzmu trudno mówić o załamaniu, które miałoby charakter jednolity i powszechny. Ostatnie kilkanaście lat to na całym świecie bardzo dynamiczny rozwój środowisk tradycji, które przyciągają młodych ludzi zafascynowanych nie tylko pięknem i głębią liturgii, ale też wewnętrzną spójnością i głębią rozwijanego przez stulecia katolickiego nauczania i etyki codziennego życia. Rozwijają się też wspólnoty, które akcentują znaczenie rodziny i małżeństwa oraz rolę nadającemu życiu porządek katolickiego nauczania, w tym choćby Droga Neokatechumenalna.

Z drugiej strony, oczywistą porażką okazały się próby syntezy katolicyzmu z liberalizmem, czego symptomatycznym przykładem jest w Polsce ścieżka środowiska Tygodnika Powszechnego. Pismo z czasem niemal zupełnie zatraciło zainteresowanie tematyką religijną i zastąpiło ją na swoich łamach promocją ideologicznych postulatów, z których wiele stoi w jasnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła.

To wszystko pokazuje, że zamiast pogrążać się w defetyzmie czas zacząć poważną dyskusję o odpowiedziach, jakich możemy udzielić w związku z nasilającymi się problemami.

+
 46
Czytaj także