Cyberonuca: Świąteczne czytanki
  • Marek Jan ChodakiewiczAutor:Marek Jan Chodakiewicz

Cyberonuca: Świąteczne czytanki

Dodano: 6
Prof. Marek Jan Chodakiewicz
Prof. Marek Jan Chodakiewicz / Źródło: PAP / Rafał Guz
Cyberonuca || Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia, może będzie więcej czasu poczytać, a najważniejsze, że można książki podarować bliskim i przyjaciołom. Mam kilka, może kilkanaście sugestii.

Przede wszystkim dla tych, których interesują sprawy, o których piszę w "Do Rzeczy", chciałbym zarekomendować swoje własne dwie prace. Drążą one i zgłębiają tematykę poruszaną tutaj przez mnie. Po pierwsze, O prawicy i lewicy, 3 wyd. (Warszawa: S3 Media, 2020), a po drugie O Cywilizacji śmierci (Warszawa: S3 Media, 2019). Po prostu po lekturze tego łatwiej będzie nam się porozumiewać.

A teraz o innych.

W swojej ostatniej powieści, Królowie zachodu słońca (Kraków: Arcana, 2020) mój przyjaciel Henryk Skwarczyński chciałby abym przyjął do wiadomości, że jest u kresu życia. Odgraża się nam aluzyjnie, że czas umierać (postawił sobie nawet nagrobek); prawda, Heniu choruje, a niedawno zmarła mu żona Egle. Ale mam nadzieję, że autor wyciągnie się z ponuractwa i dalej będzie zachwycać swoimi szaleństwami.

Królowie zachodu słońca to kolejna powieść dygresyjna. Henio podróżuje, sam albo z żoną czy przyjaciółmi. Delektuje się winem, serami, pogodą. Komentuje co widzi i nie widzi, a przede wszystkim wspomina rozmaitości, choćby Rafała Gan Ganowicza.

Dobre słowo ma jak zwykle o mnie. A dla mnie atrakcyjne u Henia jest, że pamięta skąd jest. Zawsze i wszędzie rozumie wagę ciągłości, tradycji, rodziny, wolności, przyjaciół. Brat-łata z I Rzeczypospolitej, chociaż Koroniarz, co mu zresztą nie wymawiam, bo rozumie on doskonale Wielkie Księstwo. Stąd nagle zapalił się do propozycji, że Krzysztof Kolumb to potomek Władysława Warneńczyka. Idzie tym tropem dzielnie. Ale bez testu DNA nie udowodnisz tak czy owak. Czekam na następną powieść dygresyjną Henia, w której odnosi się do przeszłych szaleństw i wydarzeń. Jeszcze czas na umieranie.

Mam trzy świadectwa świadków II wojny w dwóch książkach. Pierwsza to Wiktor Szołtysek, Po obu stronach frontu: Dziennik śląskiego żołnierza, 1943-1947, red. Jan Szołtysek (Mikołów-Toronto: AA Print, 2019), to wyśmienite świadectwo wojenne nastolatka. Poborowy Wehrmachtu zdezerterował we Włoszech do Wojska Polskiego, służył w II Korpusie. Potem uczył się, przetransportowany do Anglii, zdemobilizowany, zdecydował się wrócić do domu, na Śląsk.

Co jest głównym tematem dziennika? Dziewczyny. Kochał się na zabój w nich, a one w nim. Dokładnie takich spraw należało się spodziewać po nastolatku. A jednocześnie Wiktor Szołtysek jest odruchowo patriotyczny i głęboko wierzący, harcerz. Wspaniały dokument czasu, bo pisany na żywo. Chwała synowi i wnukowi autora, że to zredagowali i wydali.

Starszym kolegą Szołtysika był mój komendant w PAVA, który wraz z żoną wydał pamiętnik: Helena i Wincenty Knapczykowie, Zesłańcy, żołnierze, pielgrzymi: Z Syberii do Ameryki – losy polskiej rodziny (Warszawa: Wojskowy Instytut Wydawniczy, 2018). Autorzy pod koniec życia piszą o deportacji do Gułagu i ich późniejszych losach.

Opowieść wojenna Wincentego to właściwie powielenie schematów historii pułkowej. Nawet o swej ciężkiej ranie pod Monte Cassino napisał całkiem powierzchownie, służbiście. I zupełnie inaczej o szkole, w której był z Wiktorem Szołtysikiem. Ani słowa o włoskich dziewczynach. Chociaż jest bardzo sympatyczny opis wizyty w kibucu podczas wcześniejszego pobytu w Palestynie (s. 35).

Miło się też czytało opowieści Heleny Knapczykowej o przedwojennych kresach (dużo bardziej barwne, niż wspomnienia męża), oraz jej wspomnienia z Afryki. Oboje małżonkowie zaiste piszą bardzo wyraziście o swych losach po demobilizacji: ciężkiej pracy, miłości, zakładaniu rodziny, przeprowadzki z Anglii do USA. Krótki pamiętnik, sympatyczny, szczególnie, że komendant Knapczyk zmarł niedawno.

Piotr Langenfeld, Pięciu i czołg (Ustroń: War Book, 2018) to anabasis Polaków, którzy przybyli z Ameryki i Syberii, z północnej Afryki i gdzie indziej, nawet z Wehrmachtu, aby wyzwalać Polskę w ramach 1 Dywizji Pancernej gen. Maczka. Jeden to weteran jeszcze z 1939 r., inny to chuchro, które ledwo Gułag przeżyło. Langenfled kreśli ich naprawdę żywymi kolorami, właściwie tak jak było.

Wątpię czy autor poznał choćby wachm. Stachurę z 24 ułanów, czy pana Wojtka Ostoya-Księżyckiego, czy por. Feliksa Rohatyna, który potem dowodził siłami pancernymi Izraela, ale langenfeldowa proza wyłapuje dokładnie ich ducha, a wkłada go cudownie w fikcyjnych bohaterów. I dotyczy to nie tylko walki, ale nawet podbojów miłosnych – i cielesnych. Mój Boże, nawet gadkę ich oddaje wiernie. Kiedy ja ostatni raz słyszałem słowo „klawo”! I sprawy techniczne – jeśli chodzi o broń osobistą i pancerną – ma autor opracowane wspaniale.

Naturalnie ciśnie się pytanie o komunistycznych „Czterech pancernych i psa”. Autor ich właściwie ignoruje. Tutaj mamy pięciu czołgistów i szarego kota, który zjawia się i znika. A poza tym jeden z bohaterów Langenfelda w pociągu spuszcza na początku powieści Janka jako sowieckiego stukacza i mitomana (s. 84). I tyle właściwie odniesień do komunistycznej propagandówki. Wszystkiemu towarzyszy słuszny polski sentyment z tamtych lat: „Pozabijać, pozabijać i Niemców i bolszewików” (s. 479). Jak kiedyś wybuchnie Polska to z tego trzeba będzie koniecznie zrobić film.

Powieść Wacława Holewińskiego Honor mi nie pozwala (Poznań: Zysk i ska, 2015) to pisana w pierwszej osobie powieść „autobiograficzna”. Narratorem fikcyjnym jest jak najbardziej prawdziwy Stanisław Ostwind-Zuzga („Kropidło”), syn Wolfa i Rebeki z Saudlów. Pomocnik fryzjerski przed 1914 r., legionista od Rydza Śmigłego, weteran wojny polsko-bolszewickiej, polski policjant w okresie międzywojennym, który przeszedł z judaizmu na katolicyzm; żołnierz Września 1939 r. (u gen. Kleeberga), konspirator, major Narodowych Sił Zbrojnych, zamordowany sądowo przez komunistów w 1945 r. Sprawę znam od dawna, bo odkrył ją mój kolega i współautor, Mariusz Bechta.

Holewiński to gigant pióra, torturuje siebie i nas historią tego niezwykłego człowieka. Czy można było być Polakiem z wyboru? Absolutnie. Fikcyjnym monologom dodaje niezwykłej siły fakt, że autor cytuje autentyczne Ubeckie dokumenty. Wszystko ponure, smutne i straszne. A jednak jest nadzieja, bo dzięki mozolnym wysiłkom historyka i wnikliwej wyobraźni autora Ostwind-Zuzga odżył i będzie już w polskiej wyobraźni funkcjonować, tak jak „Inka”, „Łupaszka” i inni.

Innego rodzaju pamięć łapie nas za gardło, potrząsa i wzrusza w tomiku poezji lirycznej Witomiły Marii Wołk-Jezierskiej, Do ojca (Warszawa: Ideapress, 2015). Dedykowany jest por. Wincentemu Wołkowi, zamordowanemu przez Sowietów w Katyniu. Wybrane wiersze są tłumaczone na duński, angielski, hebrajski, niemiecki, rosyjski i ukraiński, oraz francuski.

„Zdjęcie zbłąkane

potrzymasz w ręce

przygarniesz do twarzy

zamknąwszy oczy

przywołasz co się jeszcze

uda pamięci”.

Konrad Kozłowski, Nienawróceni (bm: Anheli Project, bd [2020?]) zrobił co każde dobre dziecko powinno: napisał książkę o rodzinie, a głównie o swym ojcu, działaczu narodowym z łomżyńskiego, bohaterze podziemia antyniemieckiego i antykomunistycznego. „Nienawróceni” to kryptonim, który SB nadała rodzinie Kozłowskich. Oni faktycznie nigdy nie poddali się.

Autor posiłkuje się do bardzo dużego stopnia dokumentami ubeckimi. Odtwarza losy swej rodziny na takiej podstawie, koryguje z autopsji. Ciekawe, że czasami nie podaje imion i nazwisk donosicieli, choć musi ich znać. A jednocześnie polemizuje z zapiekłością z historykami, którzy albo się mylą, albo – co gorsza – łżą. I nie chodzi tylko o komunistycznych propagandzistów, ale i o tych, którzy propagandę tę powielają.

Jest trochę potknięć warsztatowych, choćby myli autor Stanisława z Józefem Mackiewiczem (s. 308). Przydałoby się też aby poszperał w dokumentach Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie aby nam powiedzieć, w której korporacji był jego ojciec. Ale to zupełne drobnostki. Mam nadzieję, że praca Konrada Kozłowskiego zainspiruje profesjonalnego historyka aby odpowiednio zgłębił przedstawione przez niego tematy.

Mój kolega Leszek Żebrowski, publicysta historyczny, wielki znawca NSZ, po raz kolejny zajął się powstaniem warszawskim: Warszawa’44: Krew i chwała: Propaganda wokół powstania jako jako narzędzie dawnej i współczesnej polityki (Warszawa: Capital, 2018). Odkrywa, że wrogie narracje o tym wystąpieniu zbrojnym Polaków nie zmieniają się od kilkudziesięciu lat. Są powielane. „Posługiwanie się zbieżną argumentacją niemieckich nazistów, sowieckich i rodzimych komunistów prowadzi do takiej samej oceny”. Można powiedzieć – historia jako inwektywa.

Żebrowski (tak jak ja) jest zwolennikiem doktryny dwóch wrogów. A w polskim podziemiu niepodległościowym najbardziej rozwinęli ją narodowcy, a szczególnie NSZ, które słusznie od początku ostrzegało też o zagrożeniu komunistycznym. Autor rozprawia się z sanacją, na emigracji i w podziemiu. Im przypisuje odpowiedzialność za rozmaite błędy i klęski, a w tym i powstania. Wini ich również za zaniechanie przygotowywania nowej, antysowieckiej konspiracji po 1944 r. A niektórzy nawet przystąpili do komunistycznego, „ludowego” wojska (s. 42).

Autor broni decyzji o wybuchu powstania bo – według niego – Polacy tego chcieli, a nie można było przewidzieć co się stanie. Otóż można było przewidzieć, że Stalin nie zgodzi się na wolną RP (bo niby z jakiej racji?) oraz wydarzenia na kresach od stycznia 1944 r. (jeśli zapomniało się lata 1939-1941) dyktowały, że Sowieci porachują się brutalnie z Armią Krajową, a ustanowią swą własną władzę.

Romantyczny Leszek Żebrowski nie chce tego wiedzieć. To poniekąd zrozumiałe. Ludzie nagminnie łudzą się, że jak walczą i cierpią to im się należy wolność. A mając broń w ręku wydaje im się, że muszą coś zrobić, bo inaczej przepadną. W obliczu gigantów samooszukują się, że mogą mieć na coś wpływ. A tymczasem najwyżej mają wpływ na swoją śmierć i innych. Karzełki walczą w pewnym sensie aby poprawić swoje samopoczucie, czy też ratować godność. Wpływu wielkiego na olbrzymów nie mają. To potwory zwykle dyktują oblicze rzeczywistości. Stąd czasami najtrudniej – jak powiadał Joseph de Maistre – jest nic nie zrobić. Przynajmniej wtedy pewnie ocalałaby Warszawa i jej ludność. Niepodległościowa młodzież ewakuowałaby się na zachód, a nie gniła i umierała w kazamatach NKWD i UB.

Bić się można i trzeba, kiedy jest szansa zwycięstwa. W 1944 r. takiej nie było. To chyba już jest jasne dla prawie wszystkich Polaków. Wtedy było to zrozumiałe nie tylko dla większości konserwatystów, ale dla części endeków i innych, choćby gen. Kazimierza Sosnkowskiego czy gen. Władysława Andersa. Młodzież chce bić się prawie zawsze, bo ma tendencje do radykalizmu. Ale młodzież nie powinna sama dyktować polityki narodowej, bo oprócz niej są inni. Powstanie to nie jej decyzja, ale starszych, którzy grali na młodzieżowych uczuciach w imię błędnej analizy rzeczywistości i romantycznych polotów.

Zwracam uwagę krótko na dwie pozycje debiutanckie. Jan Nowicki, Stracone pokolenia, czyli co studenci robią za Twoje pieniądze (Gdynia: Novae Res, 2020) napisał pamiętnik o studiach. A właściwie jest to potępienie idei, że każdy musi studiować. Studia powinny wrócić do formatu elitarnego. Dla mnie jest to rewelacja bowiem dokładnie takie same debaty toczymy w USA. Nie znałem klimatów studenckich polskich.

Autor – człowiek bardzo młody (ur. 1990 r.) – na własnym przykładzie pokazuje zupełny bezsens studiowania, ściąganie, lenistwo, oszukiwanie i bezcelowość przygody uniwersyteckiej. Dosyć ostra samokrytyka, oraz krytyka systemu, który do takich patologii dopuszcza. W USA brak pielęgniarek czy spawaczy, ale za to mamy dzieciaków z dyplomem w gender studies, którzy pracują w kawiarni i nie wiedzą jak spłacić 200,000 dolarów długu studenckiego. Chyba w Polsce jeszcze nie jest tak źle. A może jest.

Sławomir A. Danilczuk, Globalny bunt elit: Rewolucja pandemiczna, 2020: Kronika pandemii (bm: nakładem autora, 2020) to rzecz o wyzyskaniu przez miliarderów kryzysu koronawirusowego aby przejąć kontrolę nad światem a jednocześnie zmienić go w rewolucyjny sposób. Jest to ważna pozycja w tym sensie bowiem odzwierciedla dokładnie takie samo spojrzenie na świat jakie zaczyna dominować od jakiegoś czasu na populistycznej prawicy amerykańskiej.

Kwitną tu teorie spiskowe, rozmaite zgadywanki – trafne bądź mniej trafne. Ludzie maluczcy, zwykli nie mają wglądu w mechanizmy władzy, transformacji, rewolucji. A mimo tego starają się interpretować co potrafią dostrzec. Jest to ważkie zjawisko psychologiczne, antropologiczne i socjologiczne, bowiem na świecie panuje zawierucha, ludzie nie wiedzą co się dzieje, a więc wyobrażają sobie wiele i jeszcze więcej ich przeraża. Po prostu czują, że ich sprawy nie są w ich rękach. Polską wersją tych trosk, tego strachu, tej traumy jest właśnie praca Sławomira A. Danilczuka.

A teraz kilka pozycji po angielsku.

Dla ciekawych spraw militarnych, zarówno historycznych jak i współczesnych, polecam futurystyczny scenariusz co się stanie, gdy Rosjanie zdobędą kraje bałtyckie. Pisze o tym Otto C. Fiala, Resistance Operating Concept (MacDill Air Force Base, FL, and Stockholm: Joint Special Operations University Press and Swedish Defense University, 2020, dostępne też on-line: https://jsou.libguides.com/ld.php?content_id=54216464). Ostrzegam: nie tylko lubię i szanuję autora, ale i współpracowałem przy tym projekcie, szczególnie jeśli chodzi o triadę ludzkich zachowań: dostosowanie, kolaboracja, opór.

W swoim seminarium o „Geografii i strategii” uczę też o wymiarze cyber. Do niedawna była to sprawa science fiction. Jako pierwszy wyobraził sobie wirtualną rzeczywistość oraz inne rzeczy związane z internetem niezrównany fantasta William Gibson, Neuromancer (New York: ACE, 1984). Fantastyczna fantastyka. Sex, prochy, przemoc – wirtualna i rzeczywista.

Dzięki dygitalizacji mam reprint powieści Kim, której autorem jest Ryduard Kipling (Columbia, SC: Classic Books, 2019). Rekomenduję ją jako lekturę nieobowiązkową w swoim seminarium o „Współczesnej polityce i dyplomacji”. Powieść traktuje o tzw. „Wielkiej Grze”, czyli przepychankach szpiegowskich Rosja vs. Anglia w Azji Środkowej. A konkretnie chodzi o chłopca-sierotę, irlandzkiego pochodzenia, którego wdraża się do pracy szpiega. Kim buduje sieć, podróżuje po Indiach udając tubylca. Bardzo wciągająca powieść imperialistyczna.

Przyjemnej lektury i jeszcze raz Wesołych Świąt.

Marek Jan Chodakiewicz

Washington, DC, 19 grudnia 2020

Źródło: DoRzeczy.pl
+
 6
Czytaj także