Teza karkołomna, bo dlaczego niby? Wśród czterech państw tej organizacji (Brazylia, Argentyna, Urugwaj, Paragwaj) nastawionej głównie na współpracę stricte ekonomiczną jest polityczny pat, bo dwa z nich rządzone są przez prawicę (Argentyna i Paragwaj) – w tym drugim kraju prawica – skądinąd – wygrywa tak często jak lewica w Szwecji), a dwa przez pozostałe przez lewicę. Zatem zwycięstwo Luli będzie utrzymaniem stanu istniejącego, czyli „status quo”, a nie żadnym wzmocnieniem.
Czytam różne analizy, czy raczej próby analiz czwartej (sic!) wygranej charyzmatycznego, niestety, prezydenta Luli. Czwartej, bo polityczny system Stanów Zjednoczonych Brazylii jest inny niż Stanów Zjednoczonych Ameryki. Przewiduje po dwóch kadencjach prezydenckich możliwość walki o kolejną/kolejne, pod warunkiem przerwy między pierwszymi dwoma a kolejną/kolejnymi. W owych próbach analiz nie doczytałem się kilku podstawowych rzeczy.
Po pierwsze – 81-letni prezydent wygrał, bo mocno zagrał kartą, uwaga, suwerenistyczną. Podkreślał obronę suwerenności przed USA, których pasem transmisyjnym miał być jego rywal Flavio Bolsonaro. Zatem inaczej niż często myślimy, jako prawica w Europie, lewicowość da się pożenić z patriotyzmem.
Skądinąd w Europie też można by wymienić przynajmniej trzy przykłady polityków lewicowych, będących jednocześnie zdecydowanymi suwerenistami. Pierwszy przykład to premier Słowenii (już po raz czwarty!) Robert Fico. Drugi to były prezydent, obecnie premier Bułgarii generał Rumen Radew. Wreszcie trzeci przykład, to wybrana ponownie na drugą kadencję (choć pierwsza trwała raptem dziewięć miesięcy) prezydent Bułgarii (a wcześniej przez dziewięć lat wiceprezydent tego kraju) Ilijana Jotowa.
Po drugie – Lula wygrał, bo… przegrał. Chodzi o to, że dwa tygodnie wcześniej lewica z kretesem przegrała wybory na gubernatorów – całe południe z dużym komponentem polskiej mniejszości czy też Brazylijczyków polskiego pochodzenia, głosowało na prawicowych kandydatów. Familia Bolsonaro uzyskała także większość w Kongresie (59 proc. w izbie niższej, 64 proc. w wyższej-Senacie). Zapewne część wyborców w tej sytuacji uznała, że lepsza będzie dla państwa pewna równowaga, a więc żeby prezydenturę kontynuował człowiek lewicy.
Po trzecie – decydowała, jak za starych, dobrych czasów, debata telewizyjna, w której Lula zachował się jak profesor, a Bolsonaro momentami jak sztubak. Zaatakowany przez 45-letniego kandydata prawicy o to, że nie nadaje się do pracy, bo ma tylko dziewięć palców, żwawy 80-latek odparł, że stracił palec jako 16-latek, gdy życie zmusiło go do pracy i do wszystkiego dochodził sam w przeciwieństwie do jego oponenta, któremu wszystkie posady załatwiał ojciec. Gdy Bolsonaro jr uderzył w Lulę, że zdecydowanie wygrywa w więzieniach, ten pokazał, że mimo sędziwego wieku ma świetny refleks i odparł, że to prawda i ma nadzieję, że w drugiej turze dostanie w zakładach karnych 100 proc., bo też zagłosuje na niego siedzący w więzieniu stary Bolsonaro…
Po czwarte – decydowały głosy tych, którzy nie głosowali w pierwszej turze. Do nich lepiej z przekazem suwerennościowo-socjalnym trafił Lula.
