"Historia ostatnich igrzysk prezydenckich w Brazylii, zakończona ucieczką do USA przegranego Flavio Bolsonaro, dobrze pokazuje, jakie zagrożenia dla demokracji niesie taki sposób wyłaniania głowy państwa" – napisał profesor w mediach społecznościowych.
Prof. Antoni Dudek odniósł się na Facebooku do sytuacji w Brazylii po wyborach prezydenckich, w których Luiz Inácio Lula da Silva pokonał Flávio Bolsonaro. Politolog ocenił, że kraj uniknął prawdopodobnie wojny domowej, ale konflikt polityczny będzie się pogłębiał. "Jak ktoś zada sobie trud przestudiowania życiorysu zwycięzcy tegorocznych igrzysk, czyli Luli da Silvy, zrozumie, że będzie on jako prezydent tylko potęgował konflikt wewnętrzny" – stwierdził.
Dudek: Miliony wyborców pozostają po przegranej stronie
Zdaniem Dudka problem dotyczy także Polski. Politolog zwrócił uwagę, że w republikach głowa państwa może być wybierana bezpośrednio przez obywateli albo pośrednio, przez ich przedstawicieli. "Niewielka większość wybiera swojego kandydata, pozostawiając przegranymi niewiele mniejszą, wielomilionową grupę obywateli. Wielu z nich często uważa, że wybory sfałszowano" – napisał.
Dudek opowiedział się za rozważeniem wyborów pośrednich, w których prezydenta wybierałby parlament, ewentualnie poszerzony o przedstawicieli samorządów. Do wyboru potrzebna byłaby kwalifikowana większość głosów, wymagająca porozumienia głównych sił politycznych. "Tak wybrany prezydent nigdy oczywiście nie jest idealnie neutralny. Zawsze będzie uważany za bardziej związanego z tą czy inną opcją" – zaznaczył.
Według politologa miałby jednak większą szansę na szeroką akceptację społeczną i pełnienie funkcji "rzeczywistego symbolu jedności państwa, a nie jednej ze stron politycznego sporu". Dudek wskazał też na możliwość ograniczenia prezydentury do jednej kadencji. Przyznał, że wybory pośrednie są mniej popularne i bywają "uważane za rzekomo mniej demokratyczne".
Bolsonaro ogłosił się prawowitym prezydentem. Nie uznał wyniku wyborów
W niedzielnych wyborach prezydenckich w Brazylii Lula da Silva zdobył 51,79 proc. głosów, a Flávio Bolsonaro – 48,21 proc. Różnica wyniosła około 4,4 mln głosów. Lula zapewnił sobie czwartą kadencję.
Bolsonaro, syn byłego prezydenta Jaira Bolsonaro, odmówił uznania porażki. Po przybyciu do Miami ogłosił się "prawowitym prezydentem elektem" Brazylii i oskarżył Lulę oraz brazylijski Sąd Najwyższy o "wyborczy zamach stanu".
Stwierdził, że władzę w kraju przejęła "organizacja przestępcza", która pozbawiła go zwycięstwa. Nie przedstawił dowodów na fałszerstwa. Międzynarodowi obserwatorzy uznali głosowanie za uczciwe. Bolsonaro opuścił Brazylię wraz z rodziną dwa dni po wyborach. Wraz z rodziną przebywa aktualnie w Stanach Zjednoczonych, skąd według zapowiedzi ma kierować opozycją.
Czytaj też:
Bolsonaro ogłosił się prezydentem Brazylii. Padły oskarżenia o zamach stanu Czytaj też:
Przegrał wybory, uciekł do USA. "Trump zezwolił na wjazd"
