Przegląd religijny: Camino. Od progu. Do Santiago de Compostela i na Świętą Górę Athos

Przegląd religijny: Camino. Od progu. Do Santiago de Compostela i na Świętą Górę Athos

Dodano: 
Camino. Od progu. Do Santiago de Compostela i na Świętą Górę Athos
Camino. Od progu. Do Santiago de Compostela i na Świętą Górę Athos
Przegląd książek religijnych DoRzeczy.pl || W ostatnich dekadach XX wieku drogi pielgrzymkowe przez Europę zaczęły przeżywać renesans. Wiele osób podejmuje trud wędrowania do Santiago de Compostela, a na tej drodze odnajduje nie tylko własne duchowe korzenie i wsparcie, ale wręcz dotyka tego, co naprawdę ukształtowało Europę i cywilizację Zachodu i co stanowi o jej tożsamości, tak ochoczo dziś zapominanej i odrzucanej.

Książka Profesora Tadeusza Kornasia – wykładowcy w Katedrze Teatru i Dramatu Uniwersytetu Jagiellońskiego, znanego i bardzo cenionego teatrologa i literaturoznawcy jest pierwszą publikacją w polskiej literaturze, w której Autor przedstawił przeżycia z pielgrzymki do dwóch świętych miejsc chrześcijaństwa: sanktuarium św. Jakuba Apostoła w Santiago de Compostela oraz na Świętą Górę Athos.
Od pierwszych stron książki Profesor Kornaś umiejętnie wciąga Czytelnika w przeżycia podczas pielgrzymek, najpierw do sanktuarium św. Jakuba, a następnie na Górę Athos. Opis rozpoczyna od trzech „klęsk” – trzech zimowych prób wyjścia na pielgrzymi szlak prowadzący do Santiago de Compostela. Były to – jak podkreśla Autor – wyjścia „na początku całkowicie nieświadome i trochę skłamane” po których za każdym razem powraca do domu. Aż wreszcie po kilku miesiącach – w lipcu 2013 r. wyrusza na szlak – Drogę św. Jakuba Via Regia.

Autor jednoznacznie określa, jaki cel postawił sobie przed napisaniem pracy – tj. przedstawienie wewnętrznych etapów pielgrzymki: „od prostej radości na początku drogi, poprzez wyciszenie, wewnętrzne rozmowy o sobie, aż po przypominanie sobie raz po raz rzeczy, które w życiu zrobiłem źle i ludzi, których skrzywdziłem”. Podkreśla także, że książkę napisał „szczerze, bez zakłamywania. Same trywialne przemyślenia”.

Dla Czytelników, którym dane było już wędrować – pielgrzymować odcinkami Drogi św. Jakuba, dla Czytelników, którzy – jak pisze Autor „mają dziwny gen, który ich gna przed siebie” – opisy na kolejnych stronach książki są szczególnie bliskie, są swoistym déjà vu.

Autorowi doskonale udaje się przedstawić, jak z każdym pokonanym kilometrem coraz bardziej „czuje” drogę, czuje przestrzeń pielgrzymowania Camino de Santiago. Książka nie jest kolejnym opisem przewodnikowym, których na polskim rynku wydawniczym jest bardzo wiele. Autor jednak podaje Czytelnikowi wiele ciekawych opisów geograficznych i krajoznawczych (m.in. Góry Athos), a także cennych praktycznych wskazówek, które mogą okazać się szczególnie cenne dla tych którzy po raz pierwszy zdecydują się wybrać na najpiękniejszą drogę świata – jak popularnie nazywana jest Droga św. Jakuba lub na Świętą Górę Athos.

Druga i trzecia klęska

Cóż, moje pierwsze pielgrzymie podejście okazało się dość komiczne. Ale kto wie, czy nie był to decydujący moment w moich planach pójścia na samotną pielgrzymkę przez całą Europę. Choć była zima – mój obudzony instynkt pielgrzymi gnał mnie naprzód. Musiałem jak najszybciej wyruszyć. Wędrować choć przez kilka dni, by do Santiago było bliżej. Od lat chodzę i jeżdżę po górach i bezdrożach, lecz nagle moja droga na nowo zyskała celowość. Niektórzy z nas – piszę tu o sobie – mają dziwny gen, który ich gna przed siebie. Po prostu muszą chodzić. W moim przypadku towarzyszy mu jeszcze drugi gen – religijny. To nie tak, że byłem wtedy nazbyt religijny, lecz wiele czynników złożyło się na to, że chrześcijańskie dziedzictwo Europy było dla mnie ważne i na dodatek wiązało się z moim zawodem (pisałem wtedy książkę o inscenizacjach średniowiecznych łacińskich dramatów liturgicznych). Pielgrzymowanie Drogą św. Jakuba przedziwnie mogło spoić i – jak się okazało – spoiło te dwa obszary fascynacji. Stałem się nowoczesnym pielgrzymem na średniowiecznej drodze pokutnej. Kiedy się wyrusza, trzeba znaleźć konkretny powód. Powodem mojego teraz już świadomego wyjścia była pokuta. Z czasem okazało się, że trzeba modlić się za Europę. Teraz, w 2020 roku, mozolnie pokonuję kolejne odcinki już z wieloma intencjami. Po tych kilku kilometrach zakończonych w błocie wiedziałem już, ba – byłem przekonany – że chcę przejść całą Europę pieszo, odwiedzając miejsca, o których czytałem, o których uczę studentów; stać się pielgrzymem, nieśpiesznie przemierzającym szlak od kościoła do kościoła. Ten religijny aspekt ma tu wiele do rzeczy, ale w moim rozumieniu łączy się z całą spuścizną, dziedzictwem, swoistym świętych obcowaniem – miejsca starych świątyń niosą przesłanie pokoleń. Szlak od kościoła do kościoła, szlak niespiesznej wędrówki, w której mógłbym nanizać msze w kolejnych świątyniach pełnych modlitw różnych epok, miał dla mnie znaczenie. Tak to sobie wymyśliłem, siedząc przed biurkiem w ciepłym pokoju. Niespełna miesiąc później ruszyłem więc w dalszą drogę. Luty, kilkanaście stopni mrozu, wiele śniegu. Przez całe lata chodziłem po górach, trochę się wspinałem także zimą, z mrozem radzę sobie więc stosunkowo dobrze. Odpowiednie buty, ciepła kurtka, spory plecak. Ruszyłem Szlakiem Orlich Gniazd, trochę oszukując. Nie wyszedłem bowiem od progu. Skoro doszedłem kilka tygodni wcześniej do Zielonek, to po co mam raz jeszcze maszerować przez cały Kraków. Zacznę w Zielonkach – pomyślałem. No więc pojechałem za Kraków busem. Jak porządny pielgrzym, przyjąłem pewne zasady: codziennie postaram się być na mszy, przechodząc obok jakiejkolwiek świątyni, wejdę do niej choć na chwilę. Z tym postanowieniem ruszyłem. Część I – Droga Camino. Od progu Pogoda, niestety, mnie nie rozpieszczała. Smutno, szaro, co chwilę lekki śnieg. Wiatr. No i cały dzień sam na sam ze sobą. A tych dni ma być na początek kilka. Gdy za Zielonkami doszedłem znów do Szlaku Orlich Gniazd, który pokrywa się dużymi odcinkami z Camino, ucieszyłem się ogromnie. Jednak nie z radości pielgrzymowania, lecz z prozaicznej przyczyny: kilkoro ludzi przedeptało drogę w głębokim śniegu, więc już nie musiałem przedzierać się przez zaspy. Pięknie, radośnie! Myślę, że wielu zna to uczucie. Początek drogi jest zawsze piękny, dziwne wyswobodzenie, szczęście nawet. Pogoda nie ma znaczenia. Idzie się. Droga poprowadzona jest bardzo ładnie, grzbietem wzgórz. Momentami zamienia się w asfaltową ulicę, momentami staje się drogą polną. Obok czerwonych oznaczeń, co chwila inne znaczki – Via Regia. Królewska Droga, Wysoka Droga – idę na koniec kontynentu. A przecież ledwo wyszedłem z domu. Jakie to dziwne. Idąc samotnie, myśli się inaczej niż zazwyczaj. Wolniej, w takt kroków, ale i inaczej. I to już od pierwszego dnia. Zaczyna się dialog ze sobą, z innymi prowadzi się wyimaginowane rozmowy. To znów obsesyjne powtarza się te same zdania. Czas też płynie jakoś inaczej. Bardzo wolno, bo idzie się wolno... Ale zarazem szybko – bo właściwie nie dostrzega się, jak dzień ucieka. I tak już pierwszego dnia zacząłem zastanawiać się, co ja robię. Na pielgrzyma za Krakowem czekają wyjątkowo piękne drogi w Ojcowskim Parku Narodowym. Choć dla mnie to nic nowego – właściwie znam tu każdy kąt – to jednak tym razem idzie się inaczej. Wyruszając, postanowiłem, że nie będę się śpieszył, że gdy będzie coś ciekawego, zatrzymam się, „nabędę się” w kolejnych miejscach. Ale paradoksalnie, idę właściwie nie zatrzymując się. Ledwie chwila w kościele w Giebułtowie – zresztą przepięknym, usytuowanym na wysokiej górze – potem obojętnie przez kolejne wsie. Zimno, rozsiadać się nie warto, bo pogoda naprawdę kiepska. A kiedy człowiek maszeruje, jest ciepło. Więc lepiej maszerować. Dolina Prądnika wpuszcza pielgrzyma w swoje królestwo bardzo powoli i łagodnie. Najpierw wzgórza, potem po obu stronach, ponad domami przycupniętymi obok rzeki, coraz większe skały. Wreszcie prawdziwe cuda natury. Pionowe, ogromne, gołe skały między drzewami. Gdy wyruszałem z Krakowa, pomyślałem, że pójdę sobie równoległym do doliny szlakiem, który wyprowadza na ich szczyty, a potem schodzi w dół. Ale mi się nie chce. Pretekstów mam kilka. Przecież nieraz tam właziłem, ścieżki są ośnieżone i oblodzone, bo idę w konkretnym celu... Maszeruję więc dołem, bo tak wygodniej. A i tak widoki wspaniałe. Idę sobie. Przede mną Ojców, miejscowość w samym sercu doliny. Tu zjadam pierwszy obiad na pielgrzymim szlaku. Restauracja jest w przyziemiu drewnianego domu zaraz przy drodze. Pogoda coraz bardziej podła, zima, ale i tak wewnątrz sporo ludzi, młodych – bo ferie. Pewnie jeszcze nieraz to napiszę, ale obiad w czasie drogi to jeden z najpiękniejszych momentów każdego dnia. Obrzęd nawet. Można zdjąć ciężki plecak... Zimą jest cięższy, ale to trochę paradoks, bo łatwiej się go nosi. Przyjemnie chroni przed zimnem, nie dręczy ramion, bo grube odzienie rozkłada i łagodzi nacisk. A przecież i tak jest po kilku godzinach marszu przekleństwem (choć, nawiasem mówiąc, po paru dniach staje się namiastką domu). Zdejmuję więc plecak, zdejmuję kurtki... Można się niespiesznie rozsiąść. Dla pielgrzyma wejście na obiad to dziwny stan. W normalnych warunkach, zachodząc do restauracji najczęściej czujemy się jak osoby, które przyszły grzecznie jeść. Studiujemy menu, jemy, „zachowujemy się”. Ale będąc pielgrzymem jest się bezczelnym. Anektuje się kawałek restauracji wyłącznie dla siebie. Nie masz domu – więc to jest twój dom, choć na chwilę. Łazienka też jest twoja. I paradoksalnie, zazwyczaj inni goście i gospodarze to akceptują. Piszę to z perspektywy. Idąc wiele dni, właściwie nigdy nie zdarzyło się inaczej (choć zapewne nie we Część I – Droga Camino. Od progu wszystkich miejscach byłem tak zaborczy, jak w Ojcowie). Jest się innego rodzaju gościem. No więc niespiesznie zamówiłem obiad. Delektowałem się może nie tyle jedzeniem, ale tym, że siedzę. Nastrój absolutnie ekstatyczny. Nikt mnie nie zaczepia i ja nie mam potrzeby rozmawiania z nikim. Ciepła herbata stanowi wspaniały napój... Potem ciepłe dania... Gdy tak to opisuję, czuję, że wszystko brzmi głupio, ale naprawdę moje doznanie szczęścia było spore. Później jednak trzeba wyjść. Pogoda coraz bardziej szara i ponura. Maszeruję przez właściwie opuszczony Ojców. Nie chcę iść ulicą, bo jednak to trochę niebezpieczne. Jest wąsko, nie ma poboczy, a zgarnięty na bok jezdni śnieg nie uprzyjemnia marszu. Czasem nawet uniemożliwia usunięcie się przed samochodem. Tym razem postanawiam więc iść szlakiem przez wzgórza. Na początek odwiedzam zamek, a właściwie ruiny zamku – to pierwszy na moim Camino. Pusto tam, nawet baszta zamknięta. Ale nie szkodzi – tego dnia nastawiony jestem bardzo pogodnie. Siadam – jem jabłko. Nie jestem głodny, ale wobec zamkniętych pomieszczeń, wobec gołych, ponurych murów nic innego nie przychodzi mi do głowy. Zwiedzać nie ma czego. Po prostu jestem. Ale jak tu być tak bez niczego? W kościele można zmówić modlitwę za siebie czy za bliskich. A tutaj? Nie jestem głodny, ale jabłko jest akurat na taką sytuację przydatne. Więc był to postój. Byłem tu już wcześniej może ze dwadzieścia razy, ale jako „pielgrzym” nigdy. To mój debiut. Później zszedłem do ojcowskiego kościółka, bo przecież postanowienie, by nie opuszczać świątyń na Camino obowiązuje, a to jeden z ciekawszych obiektów – nie tyle architektonicznie, co sytuacyjnie. Otóż stoi on na wodzie – dosłownie. Nad bystrym nurtem Prądnika. Na szczęście kruchta otwarta. Trochę wody święconej na palce. In nomine Patri… Tylko chwila – i dalej w drogę przez głęboki śnieg, szlakiem – znów na szczęście przetartym. W górę, w dół, w górę… Lasem, łąką. Sypie coraz mocniej. Wieje. Mrozi.

Książka do nabycia na stronie religijna.pl

Źródło: Wydawnictwo AA
 0
Czytaj także