Znikający pragmatyzm
  • Łukasz WarzechaAutor:Łukasz Warzecha

Znikający pragmatyzm

Dodano: 
Flaga Polski, zdjęcie ilustracyjne
Flaga Polski, zdjęcie ilustracyjne Źródło: PAP / Wojtek Jargiło
Debata „Do Rzeczy" Ziemkiewicz kontra Warzecha. W „Wielkiej Polsce” Rafała A. Ziemkiewicza widzimy zamykanie oczu na znaczącą sferę rzeczywistości – żeby uratować naszą pomyślność, zdolność do prowadzenia jakiejkolwiek aktywnej polityki, a może nawet suwerenność, musimy teraz przede wszystkim myśleć w kategoriach pragmatycznych.
W połowie lektury „Wielkiej Polski”, najnowszej książki mojego redakcyjnego kolegi Rafała A. Ziemkiewicza, miałem poczucie, że kojarzy mi się ona ze znaną skądś anegdotą. Gdy doszedłem do końca, już wiedziałem: to historyjka o amerykańskim pisarzu, tworzącym w gazecie powieść w odcinkach, zawarta przez Marka Hłaskę w „Pięknych dwudziestoletnich”. Pozwolę ją sobie tutaj przytoczyć. „Była w swoim czasie opowiastka o amerykańskim pisarzu, który pisał powieść w odcinkach. Pewnego dnia przyszedł do swego szefa. Pisarz: – Szefie. Od jutra chcę dziesięć dolarów więcej za odcinek. Szef: – Won. Pisarz wychodzi, gwiżdżąc beztrosko. Szef łączy się z sekretarką i każe, aby przyszedł Rappaport. Rappaport wchodzi. Szef: – Rappaport. Od tej chwili będziesz pisać dalej tę przeklętą bzdurę. Rappaport: – Tak jest, szefie. Zgarnia nonszalanckim ruchem manuskrypt i wychodzi; szef pogrąża się w dalszej pracy. Za godzinę wraca Rappaport; jest zupełnie pijany i trupio blady. Kładzie przed szefem manuskrypt. Rappaport (bełkocze): – Wszystko skończone. Otrząsam pył z moich nóg i przeklinam. Zataczając się, wychodzi; szef żąda, aby przyszedł Treppengelander. Treppengelander wchodzi. Szef: – Patrick. Masz od jutra pisać dalej tę hecę. Treppengelander: – Tak jest. Wychodzi. Po godzinie wraca. Trupio blady. Pijany. Rzuca manuskrypt na stół i nie mówiąc ani słowa, wychodzi. Sytuacja robi się poważna; z drukarni dzwonią. Szef woła Najlepszego. Najlepszy wchodzi. Szef: – Ty... i tak dalej. Najlepszy: – OK. Po godzinie wraca: pijany i trupio blady. Szef: – Co jest? Najlepszy: – Nic się nie da zrobić. Bohater wyskoczył z samolotu na wysokości dziesięciu tysięcy metrów i jest bez spadochronu. Wokół niego lata eskadra odrzutowców i strzela do niego pociskami rakietowymi. Na dole czekają już na niego trzy rekiny z otwartymi paszczami. A teraz idę. Otrząsam pył z moich nóg i przeklinam... Najlepszy wychodzi; szef woła pierwszego i obiecuje mu podwyżkę. Następnego dnia ukazał się dalszy ciąg powieści odcinkowej, zaczynający się od słów: »Nadludzkim wysiłkiem woli, wydostawszy się z tych irytujących opresji, Mike Gilderstern powrócił do Nowego Jorku«”.

Z wizją – celowo używam tego słowa, od którego zresztą nie odżegnuje się sam Rafał – Ziemkiewicza jest dokładnie tak, jak z historią o Gildersternie: jesteśmy na etapie, na którym bohater powieści w odcinkach wyskoczył z samolotu bez spadochronu, latają odrzutowce, w oceanie czekają rekiny, a Ziemkiewicz beztrosko opisuje nam dalszy ciąg już po „wydostaniu się z tych irytujących opresji” i powrocie Gildersterna do Nowego Jorku. Pomija przy tym ten drobiazg, jak Gilderstern to zrobił czy też – jako że tu mowa o przyszłości – ma zrobić. I nie chodzi tu przecież o to – przed tym Ziemkiewicz przezornie się pod koniec książki zabezpieczył – żeby domagać się od publicysty szczegółowego przepisu na naprawę Polski, ale o to, że aby dojść do etapu, na którym autor buduje cały swój wywód i całą swoją wizję, musielibyśmy najpierw przebrnąć przez problemy zaiste gigantyczne.

Diagnoza a możliwości

Cały artykuł dostępny jest w 43/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także