Czwartej fali nie będzie
  • Katarzyna PinkoszAutor:Katarzyna Pinkosz

Czwartej fali nie będzie

Dodano: 7
Walka z koronawirusem. Zdjęcie ilustracyjne
Walka z koronawirusem. Zdjęcie ilustracyjne / Źródło: PAP / Lech Muszyński
Z gen. dyw. prof. Grzegorzem Gielerakiem, dyrektorem Wojskowego Instytutu Medycznego rozmawia Katarzyna Pinkosz.

Katarzyna Pinkosz: Czekają nas trudne cztery–pięć tygodni epidemii?

Gen. dyw. prof. Grzegorz Gielerak: Tak, mamy bardzo dużą liczbę zakażonych, co przełoży się na liczbę osób przebywających w szpitalach. Będzie to wymagało od systemu ochrony zdrowia bardzo dużej mobilizacji. Liczba zakażeń jest dużo większa niż jesienią, podobnie jak zjadliwość dominującego wśród zakażonych wariantu brytyjskiego.

Nie można więc się spodziewać, że po świętach sytuacja będzie lepsza?

Sądzę, że po świętach będziemy mieli przez pewien czas stabilizację, a następnie trend zmniejszającej się liczby zakażeń.

Mówił pan, że COVID-19 to choroba ciężka i podstępna, jednak poddaje się leczeniu, pod warunkiem że zrobi się to odpowiednio wcześnie.

Trzeba trafić w „okno terapeutyczne”, które zamyka się ok. siódmej–dziewiątej doby od początku wystąpienia objawów. Po tym okresie podawanie leków przeciwwirusowych czy osocza ozdrowieńców jest działaniem daremnym, na pewno przyniesie znacznie mniej korzyści, a może nawet szkodzić (jak pokazują wyniki niektórych badań). Niestety, pacjenci zbyt długo sami leczą się w domu, objawy narastają, faza wiremii przechodzi w fazę aktywacji układu immunologicznego. Z objawami masywnego immunologicznego zapalenia płuc i niewydolności oddechowej trafiają do szpitala, kiedy nie ma już możliwości leczenia przyczynowego (przeciwwirusowego).

Już na etapie opieki domowej leczenie powinno być inne?

Bardzo dobrym pomysłem było wprowadzenie Domowej Opieki Medycznej (DOM), rzecz jednak w tym, że pacjent musi do tego systemu trafić. To gwarantuje, że ma na bieżąco monitorowane parametry życiowe, w tym saturację. To bardzo ważne, szczególnie u osób młodych. Osoby starsze mają ograniczoną rezerwę oddechową, szybciej (na wcześniejszym etapie choroby) doświadczają objawów niewydolności oddechowej. Wcześniej zgłaszają się do lekarza, kiedy zastosowane leczenie ma szansę przynieść efekty. Osoby młode mają dużą rezerwę oddechową, późno zgłaszają się po pomoc, często w momencie zajęcia 60–70 proc. płuc, gdyż dopiero wtedy odczuwają duszność, która skłania je do zgłoszenia się po pomoc. Są już jednak na etapie choroby, który wyklucza możliwość leczenia przyczynowego, co pogarsza rokowanie.

Tym, że młode osoby nie zauważają niewydolności oddechowej, można tłumaczyć fakt, iż tak wiele z nich ciężko przechodzi COVID?

Zdecydowana większość młodych osób uważa, że objawy ustąpią. Jeśli temperatura powyżej 38 st. C utrzymuje się przez kolejne cztery–pięć dni, to nie ma na co czekać. Konieczne jest też sprawdzanie saturacji. Monitorując w ten sposób stan chorego, jesteśmy w stanie skuteczniej identyfikować ryzyko, jakim jest zapalenie płuc, co spowoduje mniejszą liczbę zgonów i powikłań. Pacjenci na początku choroby nie wymagają pobytu w szpitalu. Powinni znajdować się pod opieką lekarza rodzinnego lub w systemie DOM, by określić moment, kiedy konieczny będzie pobyt w szpitalu (jeśli tak się stanie).

Podstawą walki z takim rodzajem i skalą zakażeń, z jakimi mamy do czynienia, jest system POZ (podstawowej opieki zdrowotnej), a nie szpitale. Epidemia unaoczniła z całą mocą słabość polskiego systemu ochrony zdrowia, dla którego fundamentem opieki są szpitale i/lub ich jednostki organizacyjne, np. SOR, traktowane zbyt często jako punkty diagnostyki ambulatoryjnej. Ograniczenia w dostępie do lekarza oraz w nadzorze medycznym nad zakażonymi w wielu wypadkach doprowadzają do progresji choroby. Gorąco polecam nasz raport z misji we Włoszech, w którym dużo miejsca poświęciliśmy sposobowi prowadzenia opieki nad zakażonymi przez tamtejszych lekarzy rodzinnych, w tym stosowaniu prostych, a jednocześnie skutecznych narzędzi oceniających stopień zaawansowania choroby. Wiele z nich, np. protokół oceny wyników badań radiologicznych płuc czy praktyka prowadzenia opieki nad chorym pozostającym w izolacji domowej, mogą służyć za standard postępowania medycznego.

Szpital WIM ma dwa szpitale tymczasowe, w tym jeden modułowy. Czym on się różni od innych tymczasowych szpitali?

Cechą placówki jest jej modułowość i mobilność, pozwalająca na multiplikację rozwiązania w każdym miejscu w kraju (bez konieczności prowadzenia dodatkowych analiz eksperckich związanych z samą inwestycją). W sytuacji wystąpienia szczytu zakażeń, a także każdego zdarzenia masowego wymagającego prowadzenia na danym terenie zabiegów medycznych ratujących życie, będziemy dysponować placówką medyczną mającą potencjał prowadzenia intensywnej terapii u 65 pacjentów jednocześnie, z możliwością jej przemieszczenia oraz uruchomienia w terminie do 10 dni. Od początku kierowaliśmy się przekonaniem, że jednostka tymczasowa powinna być zdolna do udzielania świadczeń medycznych na najwyższym poziomie, a nie pełnić rolę ogniwa pośredniego pomiędzy szpitalem stacjonarnym a ambulatorium.

Z doświadczeń misji medycznych we Włoszech i w USA wiemy, że o gotowości systemu ochrony zdrowia do walki z tą epidemią decyduje nie tyle liczba łóżek w szpitalach czy nawet liczba respiratorów, ile liczba miejsc intensywnej terapii. To braliśmy pod uwagę, przygotowując dwa szpitale tymczasowe, którymi zawiaduje WIM. Opracowaliśmy i wdrożyliśmy system etapowej kwaliikacji pacjentów do leczenia. Pacjenci covidowi trafiają do szpitala WIM przy ul. Szaserów, tu odbywa się kwalifikacja; jeśli przebieg choroby jest ciężki, to pozostają w szpitalu modułowym, gdy lżejszy, trafiają do szpitala tymczasowego na Okęciu. Obie jednostki są doskonale wyposażone i przygotowane do leczenia chorych z COVID-19, jednak bliskość szpitala klinicznego w przypadku jednostki modułowej decyduje o nadrzędnej funkcji, która została jej przypisana.

Co dziś należałoby pilnie zmienić, jeśli chodzi o taktykę walki z pandemią?

Jesteśmy w okolicach szczytu trzeciej fali, dlatego nie jest to czas na zmianę strategii. Została ona wypracowana, jest realizowana, dziś możemy ocenić jej skutki i podejmować doraźne działania korygujące.

W pierwszej kolejności powinniśmy skupić się na jak najlepszym wykorzystaniu kadry medycznej, którą dysponujemy, oraz przygotowaniu dodatkowych miejsc leczenia. Przy tym tempie ubywania miejsc intensywnej opieki (respiratorowych) istnieje poważne ryzyko, że ich zabraknie, co – w mojej ocenie – jest dziś największym zagrożeniem prowadzenia skutecznej walki o zdrowie i życie chorych. Na najbliższe pięć–sześć tygodni musimy dokonać pełnej mobilizacji systemu. Uważam, że są takie możliwości: na terenie samej Warszawy mają swoją siedzibę duże szpitale kliniczne, instytuty medyczne, przy których udziale można weprzeć działania medyczne. Są zasoby sprzętu, infrastruktury medycznej, doskonale wykształconej kadry. Dysponujemy poważnymi rezerwami, trzeba ich tylko użyć w sposób celowy, adekwatny do bieżących potrzeb.Jeśli ktoś potrzebuje motywacji, to powtórzę: to ostatnie pięć–sześć tygodni epidemii, ostatnia jej „fala”. Warto dokonać wysiłku, abyśmy już niedługo mogli z dumą i satysfakcją spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć: „Sprawdziliśmy się w roli, do której fachowo przygotowywa-liśmy się przez całe życie. W pełni zasługujemy na uznanie tych, którzy obdarzyli nas najwyższym zaufaniem, powierzając swoje zdrowie i życie”.

Nie będzie czwartej fali jesienią?

To ostatnie pięć–sześć tygodni epidemii, jaką znamy z jej najgorszej strony. Prognozuję, że kolejnej takiej fali nie będzie. Tempo, w jakim nabywamy odporności populacyjnej, zarówno poprzez zakażenia, jak i szczepienia, gwarantuje, że do końca wakacji powinniśmy osiągnąć poziom 65–70 proc. osób uodpornionych, co radykalnie zmniejszy transmisję wirusa. Zakładam też, że – podobnie jak w przypadku innych, wcześniejszych epidemii – wirus będzie mutował w kierunku mniejszej zjadliwości. Najbliższa jesień zdecydowanie powinna należeć do nas, a nie do wirusa.

Nie zawsze szpitale chcą się przekształcać w covidowe, często bronią się przed tym lekarze...

Może mam szczęście, że dysponuję kadrą medyczną, która stanęła na wysokości zadania. Mimo że jesteśmy bardzo przeciążeni pracą, do incydentalnych należą sytuacje, aby personel odmówił włączenia się w działania związane z zabezpieczeniem potrzeb medycznych zarówno chorych z COVID-19, jak i pacjentów niezakażonych. Mam wrażenie, że sytuacja ograniczonego zaangażowania personelu medycznego, o której pani wspomina, jest częściowo spowodowana brakiem właściwej oceny sytuacji i reakcji na to, co wydarzyło się podczas pierwszej, wiosennej fali zakażeń. Masowe ograniczenia w dostępie pacjentów do systemu, zwłaszcza jego podstawowego poziomu, szybko zostały w przekazie publicznym usprawiedliwione okolicznościami. Nie wyciągnięto z tej sytuacji żadnych wniosków. Unikano rzetelnych dyskusji na ten temat i w rezultacie odstąpiono od systemowych działań chroniących chorych przed powtórką tego typu działań.

Dzisiaj w Polsce jest ok. 1,5 mln osób zakażonych koronawirusem, pozostałe 36 mln to osoby, które wymagają dostępu do systemu ochrony zdrowia. WIM ten dostęp zapewnia. Od początku epidemii nie było ani jednego dnia, kiedy ograniczyliśmy podstawową działalność medyczną. Pracujemy tak samo intensywnie jak przed epidemią, z tą różnicą, że aktualnie robimy to w warunkach podwyższonego reżimu sanitarnego. Wykonaliśmy 100 proc. kontraktu z NFZ za 2020 r., hospitalizując ok. 65 tys. chorych. To jest prawdziwa miara zaangażowania w walkę z epidemią. Mądrość tej walki wyraża się tym, że system ochrony zdrowia jest dostępny dla wszystkich; w równym stopniu zabezpiecza potrzeby zdrowotne chorych, niezależnie od ich statusu epidemicznego, gdyż każda choroba okalecza fizycznie i psychicznie, powinna więc być leczona.

Cały wywiad dostępny jest w 14/2021 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

-
 7
Czytaj także