Czas podładować akumulatorki, po kowidowym resecie. Jeszcze się człek zdążył wybrać w 2019 roku do Chorwacji i było fajnie. Teraz Grecja, czyli sentymentalne powroty. Kraj, w którym z powodu swego nazwiska mogę „udawać Greka” (moje litewskie nazwisko oznacza „gołąb”, ale po grecku to zdaje się „bochenek”; jest też grecki śpiewak Nikos Karvelas – pani w recepcji w Ixii mówiła, że jestem podobny do niego – sami rozsądźcie, ale chyba przesadziła z komplementem i dzisiaj z nią chyba poważnie porozmawiam). A jest co wspominać, ostatnio tak z 15 lat z rzędu jeździłem tam na długie wakacje, czasami po parę razy. W to samo miejsce. Na Rodos koło wioseczki Kiotari jest taki klif, gdzie stoi parę wilijek z basenikami. George, który przyjeżdża na wakacje do ojczyzny z Atlanty opiekuje się wszystkim. Jest co trzeba – mała prywatna plaża na osiem leżaków i cztery parasole, zatoczka, kamieniste dno z przygodami i malutkie wysepki, gdzie zdrożony (?) nurek może odpocząć jak przegoni ptactwo. Potem po śniadaniu wyjazd na Prasonisi, by popływać na windsurfingu w światowej mekce tego sportu.
To przeurocze miejsce, bo spotykają się tam dwa morza – Śródziemne i Egejskie. Przedzielone wąską łachą piasku. Można więc wybrać obie strony, na jednej przybój od morza Jońskiego, gdzie można polatać na wave’ie, po drugiej woda płaska, bo fale zatrzymują się na łasze, i bywa jak stół, choć wiatr morski. Coś takiego jak na Helu, tylko, że lepiej. Pogoda pewna, wieje często i stale, można przejść z deską w dwie minuty z morza do morza. Cudo.
Ale teraz tak nie będzie. Za późno się zebrałem. Raz, że robota, u mnie i u Krystyny. Ta pro bono wyciągać musiała z deportacji jakiegoś Gruzina i trzeba było odłożyć wyjazd, by ratować gościa. A ten przyszedł do sądu bez dokumentów i sędzia odłożył rozprawę. Tak, że tak… No więc nie będzie Praso, u George’a wszystko zajęte, a więc trzeba było sobie przypomnieć jeszcze jakieś fajne miejsca. I znalazłem takich fajny hotel w Ixii, ma super plażę, na którą często kiedyś przyjeżdżałem. Ciekawe jak tam u Greków po kowidzie?
Jako, że byłem tam często i długo, to wyszedłem poza utarte koleiny turystyki all inclusive i poznało się trochę tambylców. Będzie o czym pogadać, głównie pewnie niestety o kowidzie. Jak tam z turystami i sezonem, jak ceny i obłożenie? Będzie już nie tak ciepło (24-26 w dzień i 20 w nocy), ale woda 24 stopnie. Będą nawet dwa dni pochmurnie. To niezwykłe, bo Rodos ma latem najwięcej dni słonecznych i w ciągu piętnastu sezonów na tej wyspie widziałem tylko dwa razy burze i to właśnie jakoś we wrześniu.
Będę z Krystyną, która ma typowe wspomnienia z Rodos, czyli hotel, basen, plaża. Czyli tak może być wszędzie. Mam chytrą strategię, by zapunktować: znam tutejsze atrakcje poza mapkami turystów, opuszczone zamki piratów, strażnice Joannitów, ukryte zatoczki, parę wiosek w górach, kilka odpustów i wielu ludzi. Będzie więc ciekawie. Zobaczymy jak wygląda Stare Miasto w październiku. Może już wyludnione, choć obłożenie w hotelach – full. Zobaczymy jak to się przekłada na uliczki i bary na mieście. Pewnie nie będzie już dyskotek, co się zaczynają o 2.00 w nocy i tańcuje się do wschodu słońca. Zawsze mnie fascynowało – kiedy ci Grecy śpią, bo rano – do roboty. Zresztą to dziwny naród, ci Grecy. Czasem ciężko pracują, ale lubią się migać. To taka hiszpańska maniana, tylko do kwadratu.
Może być więc fajnie. Ale chce się trochę odciąć i odpocząć, może również od „Dziennika”, bo wciąż musze uaktualniać wiedzę na tematy bieżące. Zastanawiałem się czy nie zrobić sobie z tygodnia przerwy. Ale nie, postanowiłem, że ten tydzień, kiedy będę na Rodos, napiszę z zapasów. A więc czeka nas seria wpisów raczej nie bieżących, do których nazbierałem wcześniej materiały i ilustracje.
Ale postaram się wyłączyć z pobierania aktualności przez ten czas. Dawno już nie trenowałem czegoś, co się mi kiedyś bardzo podobało. Jak wracałem z długiej podróży, to w Polsce dużo się zawsze pozmieniało. Człowiek szybko nadrabiał braki, ale przez tydzień-dwa, pozbawiony sączonej codziennie bieżączki – nabierał niezwykłego dystansu, co dawało znacznie ciekawsze perspektywy i oceny. Potem wchodziło się w normalny, masowy rytm wydarzeń, człek żył od zdarzenia do zdarzenia, pozbawiony czasu i nastroju na głębsze refleksje. To jest tak jak czytanie gazet w stosunku do czytania książki. Nadrobiłem też zapas na trzy felietoniki do „Do Rzeczy”. Będę szpalta w szpaltę z Janem Pospieszalskim. Też więc będzie bardziej refleksyjnie, ale tematy sytuacji gospodarki kowidowej czy gmerania w podatkach są jak najbardziej aktualne.
A więc Grecja, moje wymarzone miejsce. Kiedyś, chwilowo, zdradziłem ją dla marzeń o emeryturze w Australii. Ale bym się z tymi Antypodami wpakował w komunę 2.0. Dziś zobaczę, czy żyją w Grecji jeszcze ucieleśnienia jednego z opowiadań Fridericka Forsyth’a, ci goście z Zachodu, wilki morskie z odzysku cywilizacyjnego, którzy, najczęściej na rybach zostali trafieni Grecją. I rzucali dotychczasowe życie i tak już zostali w pierwotnym rytmie przyrody: rano wyjście na ryby, sprzedaż połowu do knajpy, powrót do małego domku przy plaży, śniadanie, potem jakaś drobna wypożyczalnia skuterów wodnych, i już sjesta, następnie, im bliżej wieczora, tym częściej siedzą przed domkiem z kieliszkiem wina, szklaneczką przemocnej herbaty i miseczką greckiej sałaty. Dwa filary – społeczność i relaks. I wielu się w tym zakochało i czasami wyglądają jak Santiago, ten od Hemingway’a.
Taki kiedyś miałem być. A może jeszcze się przydarzy.
Ελλάδα έρχομαι
Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.
