Najnowsza produkcja fabularna Pawła Pawlikowskiego jest w polskich mediach oceniana różnie. I to mimo laurów, którymi została obsypana. Domyślam się, że krytyczne opinie dotyczące „Ojczyzny” są poniekąd pokłosiem uwikłania jej twórcy w bieżące nadwiślańskie spory polityczne. Pawlikowski nie kryje swojego negatywnego nastawienia do polskiej prawicy (zarzuca jej motywowane nacjonalizmem cenzurowanie rodzimej historii), więc nie przypadkiem jest postrzegany jako artysta bliski obozowi „obrońców demokracji”. W tej sytuacji wśród osób o poglądach prawicowych bardzo łatwo o uprzedzenia względem jego dzieł. Tyle że taka postawa przesłania widzom dostrzeżenie frapującego i nieoczywistego kontekstu, w którym można oglądać „Ojczyznę”. Ale po kolei.
Oczywiście najnowsza produkcja Pawlikowskiego jest poniekąd głosem reżysera w sprawach politycznych. Choć jest to film o przeszłości, to podjęte są w nim kwestie odnoszące się do teraźniejszości. Trzeba tu przede wszystkim wskazać problem relacji łączącej wybitnego pisarza z adorującą go władzą, która dąży do tego, żeby jej służył jako legitymizujący ją autorytet moralny. A to zjawisko ponadczasowe.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
