Czarne i białe w oparach absurdu

Czarne i białe w oparach absurdu

Dodano: 
Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjne Źródło: Adobe Stock
TERESA STYLIŃSKA | Abraham Lincoln bardzo by się zdziwił, gdyby wiedział, że półtora wieku po zniesieniu niewolnictwa, co w dużym czy wręcz decydującym stopniu było jego zasługą, potomkowie niewolników zechcą strącić go z cokołu. W epoce burzycieli pomników wszystko jest jednak możliwe. Nawet to, że abolicjoniście zarzuca się rasizm.

Rzecz dzieje się w Madison, stolicy stanu Wisconsin, a usunięcia pomnika Lincolna domagają się studenci uniwersytetu. Pomnik stoi na Bascom Hill, przed głównym budynkiem uczelni, góruje nad kampusem i miastem. – To samo w sobie stanowi symbol supremacji białych – dowodzi w miejscowej gazecie „Wisconsin State Journal” Nalah McWhorter, przewodnicząca Black Student Union, związku czarnoskórych studentów. W gazetce uniwersyteckiej panna McWhorter wyjaśnia: Lincoln, owszem, „zrobił parę dobrych rzeczy, ale rzeczy złe, jakich się dopuścił, zdecydowanie przeważają”. W dodatku był rasistą, bo choć uważał, że ludzie są równi, był też zdania, że biali i czarni się od siebie różnią. W Madison na celowniku znalazł się nie tylko Lincoln. Pod koniec czerwca, gdy miejscowa policja zatrzymała jednego z członków Black Lives Matter, tłum rozjuszonych barbarzyńców zniszczył pomnik Hansa Christiana Hega, dając tym samym pokaz czarnej niewdzięczności – bo Heg, który poniósł śmierć w jednej z bitew wojny secesyjnej, był przeciwnikiem niewolnictwa i szczerym abolicjonistą. Figurze odrąbano głowę i wszystko wrzucono do jeziora.

Cały artykuł dostępny jest w 36/2020 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także