"Widzę w ludziach strach". Prof. Kuna alarmuje: Spójrzcie, przecież właśnie to się dzieje!

"Widzę w ludziach strach". Prof. Kuna alarmuje: Spójrzcie, przecież właśnie to się dzieje!

Dodano: 209
Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjne / Źródło: PAP / Leszek Szymański
Nie można pod hasłem "koronawirus" pozbawiać ludzi dostępu do opieki medycznej. A spójrzcie, przecież właśnie to się dzieje! – alarmuje prof. dr hab. med. Piotr Kuna, kierownik II Katedry Chorób Wewnętrznych Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

W rozmowie z "Gazetą Wyborczą" prof. Piotr Kuna mówił o atmosferze związanej z epidemią koronawirusa. Lekarz wyraził swój stanowczy sprzeciw wobec "siania globalnej paniki". Jego zdaniem, jest to niemoralne i nieuczciwe.

– Ja panice nie uległem, bo mam możliwość jak najlepiej zrozumieć istotę zakażenia wirusem w oparciu o publikowane badania naukowe. Docieram do najnowszych badań i opracowań, mam wiedzę i doświadczenie, które pozwalają mi te doniesienia interpretować – przyznał. Profesor podkreślił, że większość ludzi nie ma takiej możliwości, więc muszą polegać na doniesieniach medialnych, a te bywają różne, często "nakręcają niepokój".

– Takie przedstawianie sprawy budzi mój głęboki sprzeciw, gdyż generuje zbiorowy lęk, którego konsekwencje mogą być gorsze od zakażenia wirusem – podkreślił. – Po znajomych, po pacjentach, widzę w ludziach strach, co mówię – potężny lęk, zagubienie, niezrozumienie tego, co się dzieje. I ten lęk wpędza ludzi w depresję, w panikę – wskazał prof. Kuna, dodając, że skutki tego będziemy odczuwać latami.

Rozmówca "Wyborczej" wyraził obawę o pacjentów z chorobami onkologicznymi, kardiologicznymi, którzy mają obecnie utrudniony dostęp do leczenia, bo służba zdrowia skoncentrowana jest na zajmowaniu się koronawirusem. Mówiąc o skutkach społecznych obecnej sytuacji, profesor przyznał, że martwi się też o ludzi młodych i dzieci. – Dla młodych niesłychanie ważne jest, aby się socjalizować, kontaktować ze światem. A tymczasem my im na długo wiosną zamknęliśmy szkoły. Sami mówiliśmy wcześniej, że za dużo czasu spędzają przed komputerem i z telefonem komórkowym w dłoni. Mówiliśmy, że zamiast tego powinni grać w piłkę, biegać po lesie, albo chociaż rozmawiać ze sobą. A wiosną co? Zapędziliśmy ich przed komputery i odcięliśmy od rówieśników – wskazał. Jak dodał, w czasie pandemii dzieci zrobiły się bardzo samotne. Przyznał, że niepokoją go głosy, aby szkoły zostały zamknięte ponownie.

– Zapewniam, że nie jestem koronasceptykiem i nie będę nikogo przekonywał, że epidemii nie ma. Epidemia jest i traktuję ją bardzo poważnie, ale chciałbym, żeby w naszym działaniu dominował pragmatyzm i holistyczne spojrzenie na tę epidemię. Powtarzam - nie jestem wywrotowcem. Żeby nie było, że nie wierzę w tego wirusa. Gdy dostępna będzie szczepionka, to będę pierwszym, który wyrazi chęć, aby się zaszczepić. Ale COVID nie może być słowem wytrychem, hasłem, które sprawia, że zamyka się szkoły, seniorów w domach, podopiecznych DPS-ów, zabrania wychodzenia z domu, podróżowania czy nawet naszych ulubionych form wypoczynku. A szczególny problem, na który zwracam uwagę, to ten, że nie można pod hasłem "koronawirus" pozbawiać ludzi dostępu do opieki medycznej. A spójrzcie, przecież właśnie to się dzieje! – podkreślił.

Czytaj też:
Miller: Wszyscy za to zapłacimy
Czytaj też:
Nie żyje Wojciech Pszoniak. "Ten cholerny rak był bezlitosny"

Źródło: Gazeta Wyborcza
 209
Czytaj także