Jeśli są państwo na etapie nieprzyjemnego zdziwienia honorowaniem pruskiego burmistrza Hermanna Hakena rondem w Szczecinie lub obruszają się państwo na powrót nazwy „Kaiserbrücke” na Most Grunwaldzki we Wrocławiu, to warto sobie uświadomić, że nic nie stoi w miejscu. Sięganie po niemiecką tradycję polskich ziem zachodnich idzie już dalej. Zaczyna obejmować i „legalizować” pamięć o ludziach, którzy mieli w swoim życiorysie czy to pracę w administracji III Rzeszy, czy też wprost aktywny udział w okupacji Polski.
Niemożliwe? A jednak. Oto parę przykładów takiego wybielania niemieckich historycznych postaci z dziejów Dolnego i Górnego Śląska w ostatnim czasie.
Herbert Czaja, czyli pierwsza przymiarka
Gdy w 1996 r. długoletni lider ziomkostw śląskich Herbert Czaja (1914–1997) przyjechał do Polski, liczne media polskie i niemieckie uznały to za prawdziwy znak pojednania. Oto człowiek, który obok Herberta Hupki był postacią, którą straszyła Polaków propaganda PRL, odwiedził swoje rodzinne miasto Cieszyn oraz pobliski beskidzki Skoczów, w którym ukończył szkołę. W 2015 r. z okazji 100. rocznicy urodzin Czai Towarzystwo Przyjaciół Skoczowa oraz Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Niemców Województwa Śląskiego zaproponowało wmurowanie specjalnej tablicy ku czci Herberta Czai, przedstawiając go jako promotora pojednania. Inicjatywa ta oburzyła część mieszkańców Skoczowa. Przypomniano, że Czaja zaakceptował granice na Odrze i Nysie, dopiero gdy Helmut Kohl ostatecznie uznał granice Polski w 1991 r. Ale jeszcze rok wcześniej, w 1990 r., głosił pogląd, że nie można uznać zjednoczenia Niemiec za pełne, gdyż nie brały w nim udziału wschodnie prowincje z 1937 r. Zaproponował wówczas utworzenie z zachodniej Polski obszaru autonomicznego pod kontrolą międzynarodową.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
