Wokanda poety
  • Tomasz Zbigniew ZapertAutor:Tomasz Zbigniew Zapert

Wokanda poety

Dodano: 
Książka, zdjęcie ilustracyjne
Książka, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Pixabay / ThorstenF /Pixabay License
Jan Brzechwa, klasyk literatury dziecięcej, w rubryce „zawód” wpisywał „adwokat”.

Pod rodowym nazwiskiem Lesman ukończył fakultet prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Łączył jurystyczną profesję z temperamentem artysty. Ksywką Szer-Szeń firmował teksty pisane dla najpopularniejszych przybytków podkasanej muzy II Rzeczypospolitej. Pseudonim Brzechwa – oznaczający opierzoną część strzały – zawdzięczał krewniakowi (notariuszowi po fachu) Bolesławowi Leśmianowi, który nie chciał, aby przybył mu konkurent poetycki o niemal identycznym nazwisku.

Adwokat Lesman ściśle współpracował ze Związkiem Artystów i Kompozytorów Scenicznych. Był bowiem jednym z najwybitniejszych w Polsce ekspertów od prawa autorskiego, wydatnie przyczyniając się do kształtowania wiedzy i świadomości o uprawnieniach ludzi pióra.

Jako prawnik dał się po raz pierwszy poznać w szeroko relacjonowanej przez media sprawie dotyczącej prawa do spuścizny twórczej po Cyprianie Kamilu Norwidzie. Nader pieczołowicie zajmował się nią przez dekady Zenon Przesmycki „Miriam”. Wytoczył mu jednak proces profesor polonistyki ze Lwowa Tadeusz Pini, kierownik spółki edytorskiej Parnas Polski, redaktor dzieł Norwida w serii „Biblioteka Poetów Polskich”. Lesman reprezentował w sądzie Przesmyckiego, który proces wygrał.

„W przemówieniu adwokata Jana Lesmana znać było nie tylko doskonałego znawcę ustaw o prawie autorskim, ale i człowieka, który umiłował Norwida i darzy czcią »Miriama«. Bo wobec dziwnie okrutnej napaści na »tragicznego starca« trzeba było – i obrońca uczynił to przejmująco – skończyć z tą złośliwą legendą, którą gnębią niecierpliwi i trochę bezduszni ludzie wytrwałego pracownika” – relacjonował sprawozdawca sądowy Leon Okręt.

W pamięci „poety w todze” najbardziej utkwiła jednak inna sprawa. Członek ZAiKS, tekściarz i poeta (potem kronikarz warszawskiego getta) Władysław Szlengel złożył dyrekcji Polskiego Radia – za pośrednictwem zatrudnionego w tej instytucji Henryka Bielickiego – maszynopis swej sztuki zatytułowanej „Ludzie na dnie”. Rada Programowa zatwierdziła słuchowisko do wykonania i 7 marca 1936 r. zostało ono nadane przez rozgłośnię warszawską w ramach cyklicznej audycji „Wesoła Syrena”. Tyle że pod zmienionym tytułem: „Trzy mile od brzegu”, a jako autor widniał nie Szlengel, lecz ktoś zamaskowany pseudonimem Henbiel – jak się miało okazać, Henryk Bielicki!

Całość dostępna jest w 46/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

 0
Czytaj także