Ktoś zapyta: A jakież to paralele znalazła autorka szkicu – prof. Krystyna Heska-Kwaśniewicz z Uniwersytetu Śląskiego – między sztandarową pisarką katolicką a autorem, którego co prawda trudno nazwać religijnie indyferentnym, ale i chrześcijańskim jakby nieporęcznie? Tymczasem w 1952 r. napisał on list do Zofii Kossak, całkowicie dezawuując opinię Mieczysława Kurzyny, który w swojej, skądinąd bardzo wartościowej książce „O Melchiorze Wańkowiczu – nie wszystko” stwierdził, że pisarz był „programowym agnostykiem i relatywistą”.
„Nie jest dla mnie zupełnie jasne, co Pani uważa za pisarstwo katolickie – pisał Wańkowicz. – Miałem ojca chrzestnego Romana Szwoynickiego, towarzysza ojca z wygnania po 1863, najlepszego malarza pośród ziemian i najlepszego ziemianina pośród malarzy, jak o nim kpiono. Wuj Rom był farmazonem typu XIX w. i w Pana Boga nie wierzył z wyjątkiem Matki Boskiej. Miał dla niej kult, pełno ponastawiał jej kapliczek po drogach, ryngraf z jej wizerunkiem wisiał nad jego łóżkiem, celebrował nabożeństwa majowe i pacykował na odmianę sceny sejmikowe, które uciszał ksiądz, wkraczając z monstrancją, i madonny. Otóż niezależnie od tego, co to malarstwo było warte, czy można je nazwać katolickim? Bo, widzi Pani, nasza kultura jest tak zrosłą z katolicyzmem, że choćby kto nie uznawał Pana Boga, jeśli jest z tej rasy, chcąc czy nie chcąc, jest pisarzem katolickim.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
