Polska powinna pójść drogą Szwecji? Prof. Kuna: Liczby zachorowań byłyby podobne, a szkody mniejsze

Polska powinna pójść drogą Szwecji? Prof. Kuna: Liczby zachorowań byłyby podobne, a szkody mniejsze

Dodano: 144
prof. Piotr Kuna
prof. Piotr Kuna / Źródło: swiatlekarza.pl
– Prędzej czy później wszyscy się zetkną z tym wirusem i jeżeli się nie zaszczepią, to będą zagrożeni wystąpieniem powikłań, zapaleniem płuc i niewydolnością oddechową – mówi w rozmowie z portalem DoRzeczy.pl prof. Piotr Kuna, kierownik Kliniki Chorób Wewnętrznych, Astmy i Alergii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Łodzi.

Jak skomentuje Pan ogłoszone przez ministra zdrowia obostrzenia obejmujące m.in. czas Wielkanocy?

Prof. Piotr Kuna: Mleko się rozlało, liczba nowych zakażeń wirusem SARS-Cov-2 jest tak duża, że grozi zapaścią w ochronie zdrowia. Wprowadzone obostrzenia były konieczne, po to, żeby za kilka tygodni doprowadzić do zmniejszenia liczby nowo zainfekowanych osób. Podkreślam: prędzej czy później wszyscy się zetkną z tym wirusem i jeżeli się nie zaszczepią, to będą zagrożeni wystąpieniem powikłań, zapaleniem płuc i niewydolnością oddechową. Wielkanoc musimy więc spędzić w bliskim gronie rodzinnym podobnie jak rok temu.

Proszę jednak pamiętać, że prawie 3,5 miliona osób dostało już co najmniej jedną dawkę szczepionki, a ponad 1,5 miliona wyzdrowiało z zakażenia i ma odporność na koronawirusa. Uważam, że tym pięciu milionom osób powinno się pozwolić na powrót do normalnego życia. Mamy dziwną sytuację, w sumie przez ponad rok zakaziło się wirusem SARS-Cov-2 około 6 na 100 mieszkańców Polski. Większość, czyli 94 na 100 jest zdrowa. Proszę zwrócić uwagę, że wprowadzane ograniczenia zamykanie firm, sklepów, zakładów usługowych, miejsc wypoczynku i rekreacji dotykają wszystkich, także zdrowych obywateli pod hasłem, że trzeba ich chronić, ale czy to naprawdę działa? Czy ludzie tego chcą? Czy ryzyko jest tak duże, że trzeba to robić? To są trudne pytania i mamy na nie często zupełnie innych punkt widzenia niż rządzący.

Minął rok od wprowadzenia pierwszego lockdownu. Jak Pan ocenia dotychczasowe działania rządu w zakresie walki z COVID-19?

Z jednej strony rozumiem działania rządu, który robi to, co może, ale z drugiej strony jako lekarz, pacjent i obywatel odczuwam chaos i brak dobrej komunikacji. Jeżeli codziennie muszę przekonywać średnio dwadzieścia osób do przyjęcia szczepionki firmy AstraZeneca, bo wszyscy są przestraszeni, to coś jest nie tak. Jeżeli muszę przekonywać pacjentów do noszenia maseczek, a w odpowiedzi słyszę, że politycy ich nie noszą, to nie widzę pewnego rodzaju spójności wśród osób publicznych. Nie chodzi tutaj o premiera i ministra zdrowia, ale o inne osoby już tak. Ludzie na to patrzą i dziwią się, dlaczego mają robić to, czego nie robią politycy. Nazwałbym to brakiem spójności i jednej linii działania, oraz dawanie złego przykładu przez tzw. liderów.

Co Pańskim zdaniem jest tego przyczyną?

Jako Polacy jesteśmy indywidualistami i każdy ma swoje zdanie na ten temat. Trudno nam się podporządkować pewnym rygorom i zaostrzeniom. Gdybyśmy poszli drogą szwedzką, to bardziej odpowiadałoby naszej naturze, a liczby zachorowań byłyby takie same. Szkody gospodarcze i społeczne, zwłaszcza dla młodych ludzi, byłyby natomiast o wiele mniejsze.

Dlaczego w takim razie Polska i wiele innych krajów wybiera zupełnie inną strategię?

Polska poszła drogą środka, czyli ani ekstremalną, ani łagodną. Popatrzmy jednak na taki kraj jak Wielka Brytania, gdzie naprawdę był potężny lockdown, a zanotowano tam najwięcej zgonów w Europie. Podobna sytuacja jest we Włoszech, gdzie najwcześniej zamknięto gospodarkę. W Szwajcarii z kolei wszystko pozostaje otwarte, a sytuacja wygląda podobnie do tej w Polsce, to samo jest w Szwecji. Poziom zamknięcia gospodarki i izolacji ludzi nie zawsze przekłada się na liczbę zachorowań i zgonów.

Powiem coś, o czym w ogóle się nie mówi. Stałe narażanie na niewielkie dawki wirusa powoduje, że powstaje odporność bez zachorowania. Gdybyśmy wiosną ubiegłego roku nie wprowadzali radykalnych restrykcji i więcej osób byłoby narażonych na pierwszą wersję wirusa, to być może nie mielibyśmy dzisiaj trzeciej fali. Pokazuje to przykład Szwecji, gdzie tej trzeciej fali praktycznie nie ma, ponieważ oni to już przechorowali. Każdy prędzej czy później zetknie się z tym wirusem. Jedynym prawdziwym zabezpieczeniem jest szczepienie. Niestety kraje UE nie zorganizowały tego zbyt dobrze, ponieważ zostały wyprzedzone przez Wielką Brytanię i USA, nie mówiąc o Izraelu.

Jak ocenia Pan obawy związane ze szczepieniami? Część komentatorów wskazuje na brak odpowiedzialności ze strony koncernów farmaceutycznych.

Znam te wszystkie obawy i rozumiem, że niektórzy boją się szczepionek nowej generacji. Są one jednak tworzone od 25 lat, wiele eksperymentów się nie udawało i preparaty były w tym czasie doskonalone. Pierwotnie miały zapobiegać nowotworom, ale przekierowano je na wirusy i okazały się nieprawdopodobnie skuteczne. Szczepionka Pfizera nie tylko w 95 procentach chroni przed zachorowaniem, ale również przed przenoszeniem wirusa. Oznacza to, że jest skuteczniejsza, niż przechorowanie. Dlatego nawet ozdrowieńcy powinni się szczepić. Podobnie jest z preparatem firmy AstraZeneca, która co prawda daje typowe objawy poszczepienne, ale to nic nowego, ponieważ one występowały również w przypadku szczepionki na grypę. Zazwyczaj trwają one 2-3 dni i są bardzo lekkie. Ktoś może powiedzieć, że zdarzały się incydenty zatorowo-zakrzepowe, ale one mogą występować naprawdę często, np. w przypadku kobiet, które biorą leki antykoncepcyjne. Ze szczepionką nie ma to zbyt wiele wspólnego.

Czy nie jest jednak tak, że zwraca się dużą uwagę na szczepienia, a zapomina się o leczeniu COVID-19, np. poprzez amantadynę?

Za to odpowiada Agencja Oceny Technologii Medycznych, do której należę. Opieramy się jedynie na rzetelnie opublikowanych pracach naukowych. Nawet one dają czasami zupełnie przeciwstawne rezultaty. Np. jest praca naukowa, która pokazuje, że drogi lek, jakim jest remdesivir, skraca okres hospitalizacji, ale nie zapobiega zgonom i niewydolności oddechowej. Jednocześnie powstała inna praca, według której ten lek w ogóle nie działa. Komu mamy wierzyć? Podobnie jest z różnymi teoriami na temat skuteczności osocza ozdrowieńców. Mamy zatem z różnych stron informacje, które są kompletnie rozbieżne. Na temat amantadyny jest jedna praca opublikowana w Meksyku. Podano ją u 15 osób i wszyscy przeżyli. Na COVID-19 umierają jednak dwie osoby na sto, a więc to badanie nic nam nie mówi. Agencja Badań Medycznych przeznaczyła jednak grant na badanie amantadyny w przebiegu COVID-19 i myślę, że w ciągu kilku miesięcy będziemy mogli stwierdzić, czy ten środek jest skuteczny. Musimy robić badania na większych liczbach pacjentów, aby byli zróżnicowani pod względem wieku, płci i chorób współistniejących. Nie mogę zatem rekomendować amantadyny, ale mogę powiedzieć jedno: jest to preparat bezpieczny, a więc jeżeli ktoś chce się nim leczyć, to nie zakazuję tego swoim pacjentom.

Wracając do tematu obostrzeń, jak długo Pańskim zdaniem one jeszcze potrwają?

Ludzie są wściekli. Przez rok pandemii zaraziło się pięć procent populacji. To co to za pandemia? Gdyby przyszła dżuma, to zmiotłaby nas wszystkich w rok, podobnie jak cholera. Słowo „pandemia” jest zatem mocno nadużywane. Myślę, że ono tłumaczy wiele dziwnych rzeczy i dla niektórych jest to bardzo wygodne. W sensie epidemiologicznym pandemia grypy AH1N1 z lat 2009-2010 w USA miała taki sam zasięg jak COVID-19. Zabiła pół miliona ludzi w USA. Czy ktoś o tym słyszał? Czy podawano to w mediach? Na ten temat panowała cisza. Polska nie kupiła wówczas szczepionek za 2 mld zł i nic się nie stało, a pandemia się skończyła. Moim zdaniem obecny wzrost infekcji utrzyma się do połowy kwietnia a potem będzie już tylko lepiej. Za spadkiem liczby nowych infekcji jak najszybciej powinien postępować powrót do pełnego otwarcia gospodarki i swobody przemieszczania się.

Może zatem w przypadku COVID-19 powinniśmy postąpić w podobny sposób jak w grypie ?

Tutaj problem jest inny. Wirus SARS-Cov-2 jest nowy, nie mieliśmy na niego wytworzonej odporności tak, jak na wirusa grypy. W chorobie COVID-19 u części osób występuje ciężkie zapalenie płuc, co może spowodować niewydolność oddechową i następuje konieczność leczenia tlenem a nawet intubacji i użycia respiratora. Respiratorów mamy w Polsce akurat dużo, wystarczy ich do leczenia chorych. W momencie startu pandemii mieliśmy ich dwa razy więcej, niż Wielka Brytania, o czym mało, kto wie. Do obsługi respiratorów potrzebni są jednak ludzie. Tak naprawdę największym problemem tej pandemii jest brak fachowego personelu medycznego, a nie szpitali czy sprzętu. W normalnych czasach nie potrzebowaliśmy mieć nadmiaru lekarzy, jak w czasach PRL, kiedy kraj miał stać się jednym wielkim szpitalem w wyniku wojny Zachodu ze Wschodem.

Czytaj też:
Dr Martyka: Ile jeszcze ludzi musi umrzeć, żebyśmy się opamiętali?
Czytaj też:
"Granie zdrowiem Polaków". Niedzielski napisał do szefa Axel Springer

Źródło: DoRzeczy.pl
 144
Czytaj także