Spekulanci układają nam rynek energetyczny
  • Karol GacAutor:Karol Gac

Spekulanci układają nam rynek energetyczny

Dodano: 
Anna Zalewska, Poseł do PE, Grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów
Anna Zalewska, Poseł do PE, Grupa Europejskich Konserwatystów i ReformatorówŹródło:BRIGITTE HASE/EP/EU
Z Anną Zalewską, europosłem PiS rozmawia Karol Gac.

KAROL GAC: Zbliża się zima. Będzie ciemno i zimno?

ANNA ZALEWSKA: Zimą generalnie jest ciemno i zimno, ale na zewnątrz. Mam nadzieję, że w Polsce, a także w całej Unii Europejskiej zadbamy o Europejczyków tak, że będą odpowiednio ogrzani i oświetleni.

Eksperci wskazują, że nadchodzące miesiące będą wyjątkowo trudne. Na poważnie podnosi się temat ubóstwa energetycznego, co jeszcze jakiś czas temu wydawało się abstrakcją. Pani przestrzegała przed tym już dawno.

To prawda. W pandemii pracowaliśmy nad prawem klimatycznym, które już w założeniach oddziaływania na społeczeństwo i gospodarkę było straszne. Kiedy zmieniały się parametry, m.in. unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji (EU ETS), które szybowały jeszcze przed wojną, to założenia, że ok. 25 proc. Europejczyków będzie zagrożonych ubóstwem energetycznym, można było spokojnie podwoić. Pandemia, wojna na Ukrainie i szaleństwo na rynku energetycznym powodują, że Komisja Europejska próbuje ręcznie zarządzać energią i ciepłem. Niedawno spotkali się ministrowie do spraw energii, którzy poinformowali o czterech dokumentach legislacyjnych. Wszyscy spodziewali się, że szefowa KE Ursula von der Leyen pokaże na piśmie przynajmniej zręby dokumentów. Tymczasem mówiła w czasie przyszłym m.in. o powoływaniu zespołów, zadaniach i analizie. To powoduje, że obywatele wiedzą, iż UE się w tych kwestiach absolutnie nie sprawdza. Tymczasem w wielu punktach traktatowych zgodziliśmy się na wspólną politykę energetyczną.

Z czego wynikają obecne problemy? Dużą rolę odegrały niewątpliwie rosyjska agresja na Ukrainę i polityka Władimira Putina, ale chyba nie tylko.

Cały czas odczuwamy również skutki pandemii, która spowodowała poważne zawirowania i perturbacje gospodarcze. Dodatkowo uchwalono prawo klimatyczne, co spowodowało duży chaos w cenach energii. Od 2018 r. zaczęła działać zmiana z 2014 r., jeśli chodzi o rynek ETS, tj. wpuszczono na niego instytucje finansowe. Niedawno PGE zleciła think tankom analizę tego, w jaki sposób funkcjonuje ten mechanizm. Wyraźnie widać, że 70 proc. instytucji finansowych, które w nim uczestniczą, jest zarejestrowane w rajach podatkowych, co od razu pokazuje intencje. Więcej nie trzeba mówić. To spekulanci układają nam rynek energetyczny. Od dawna wskazuje się, że system handlu emisjami jest de facto mechanizmem spekulacyjnym.

Niedawno premier Mateusz Morawiecki zaproponował prezydentowi Francji Emmanuelowi Macronowi oraz KE reformę systemu ETS. Napotkał ścianę. Nikt nie jest zainteresowany zmianą tego systemu?

Wszyscy są, ale poza przywódcami państw i lobbystami, którzy zarabiają na tym systemie. Unia Europejska, wszystkie instytucje finansowe i inwestycyjne były budowane na przepisach klimatycznych i ambicjach bycia prymusem na świecie oraz forsowaniu rozwiązań technologicznych, które są tylko teoretycznie „zielone”. Dlatego ten temat nie jest podejmowany, bo nie potrafią oni funkcjonować w innym świecie. Tyle tylko, że ta mozolnie budowana konstrukcja właśnie się wali. Przekonają ich za to obywatele, którzy po prostu tego nie wytrzymają. Już teraz widać to wyraźnie. Zabrnęliśmy w same absurdy – z jednej strony mamy ETS i nowe przepisy, które jeszcze mocniej podkręcają opodatkowanie, a z drugiej mamy realny problem ubóstwa energetycznego.

Zwolennicy obecnego systemu odpowiadają, że w gruncie rzeczy po prostu ponosimy konsekwencje naszych wieloletnich zaniechań w sprawie transformacji energetycznej, a pieniądze z ETS po prostu przejadaliśmy.

Gdyby to była prawda, to Niemcy, które w niektórych miesiącach miały w miksie energetycznym 60 proc. energii odnawialnej, a same postawiły ponad 30 tys. elektrowni wiatrowych, byłyby krainą absolutnie bezpieczną. Wtedy moglibyśmy na ten temat dyskutować, ale tak nie jest. Ponadto realizowaliśmy wszystkie założenia w tym obszarze – wydajemy miliardy na to, by przygotować sieci przesyłowe do prosumenckości, wspieramy fotowoltaikę, konsekwentnie zwiększamy udział odnawialnych źródeł energii. Mamy swoje plany i idziemy swoim własnym rytmem. Pieniądze z ETS są w przychodzie budżetu państwa, ale tak naprawdę dopiero ostatnie dwa lata to ogromne kwoty. Tylko wydajemy je zgodnie z przeznaczeniem. Fotowoltaika bez dofinansowania po prostu by się nie opłacała.

Niedawno KE opublikowała zalecenia dotyczące przezwyciężenia kryzysu energetycznego. Zaproponowano m.in. zmniejszenie zapotrzebowania na energię elektryczną w godzinach szczytu o co najmniej 5 proc. i opodatkowanie nadwyżki zysków firm energetycznych. Nie brzmi to jak realne rozwiązanie problemów, ale raczej jak przyklejanie plasterka na poważną ranę.

Komisarz Frans Timmermans kolejny raz powinien powiedzieć o tym, byśmy wyłączyli suszarki i suszyli ubrania na powietrzu. To jego ulubiony przykład oszczędności. Tyle złośliwości. To faktycznie są zalecania, choć miały być z tego przepisy. Z konferencji po spotkaniu ministrów do spraw energii wybrzmiały dwa elementy, jeśli chodzi o spółki energetyczne. Po pierwsze, co słuszne, choć nie wiem, jak to zrobić na gruncie obowiązującego prawa, by spółki podzieliły się zyskami z obywatelami. Po drugie, wybrzmiało tam niezwykle niebezpieczne sformułowanie dotyczące tego, że te zyski należy przekazać tym firmom, które na giełdzie sprzedają tańszy prąd. Łatwo się domyślić, kto tak robi – chodzi m.in. o prąd z wiatru, który jest tańszy, bo jest dofinansowany przez ETS i podatki. To brzmi groźnie. Na razie nie wiemy, jak ma to wyglądać w praktyce. Ponadto my mówimy o zawieszeniu systemu ETS, a ministrowie postulowali zatrzymanie go na jakimś sensownym poziomie, np. 32 euro. Mówi się też o oszczędzaniu energii i zatrzymaniu cen gazu. Tylko to są cały czas pomysły, konferencje prasowe i ciągłe używanie czasu przyszłego. Jednak równolegle procedowany jest pakiet „Fit for 55”, który jest przecież zupełnie nieaktualny. KE chce zdążyć przed listopadem, by pochwalić się na szczycie klimatycznym, że UE jest liderem, choć równolegle świat może się zawalić.

Każdy kryzys jest zarazem szansą np. na zmianę obowiązujących systemów czy reguł. Mówi pani o tym, że pakiet „Fit for 55” jest cały czas procedowany. Wierzy pani w otrzeźwienie Brukseli i zrewidowanie jej polityki?

Brukseli i KE nie. Wierzę za to w Radę Europejską, ponieważ rządy znikną, jeśli sytuacja się nie zmieni. RE musi przestać być poprawna politycznie, obawiając się szantażu ze strony KE dotyczącego funduszy europejskich. Ostatnie dni pokazują, że to już de facto polityczne zarządzanie pieniędzmi. Rodzą się już jednak bunty wśród społeczeństw. Strach i obawa ludzi powodują, że będą oni dążyć do zmiany rządów. Przywódcy muszą sobie to uzmysłowić i być przy obywatelach. Moim zdaniem najbliższe miesiące będą decydować nie tylko o poszczególnych rządach, lecz także o tym, jaka będzie przyszłość UE.

W którym kierunku powinien podążać polski rząd? Coraz głośniej słychać, że powinniśmy się uwolnić z tego systemu. Mamy po swojej stronie narzędzia, by zmienić dotychczasowy stan rzeczy?

Powinniśmy podejmować zdecydowane kroki, bo wyciąganie ręki do KE, która nie kryje się z tym, że będzie robić wszystko, byśmy nie wygrali wyborów, nic nie daje. Powinniśmy zacząć od KPO i zaskarżyć do TSUE Komisję Europejską. Niech KE się tłumaczy. Musimy przedstawiać gotowe wnioski o płatność. Ponadto powinniśmy zatrudnić najlepsze kancelarie, by stawiać tamę absurdom wynikającym z ETS.

Niemal 30 europosłów, wśród nich pani, podpisało się pod interpelacją europosła PiS Witolda Waszczykowskiego do KE w sprawie wpływania przez Rosję za pomocą organizacji ekologicznych na kształtowanie polityki energetycznej UE. Europosłowie chcą też wiedzieć, które z nich otrzymywały finansowanie z Rosji, rosyjskich firm energetycznych lub powiązanych z nimi podmiotów. Sądzi pani, że Zielony Ład i pakiet „Fit for 55” to m.in. efekt lobbingu Rosji?

Oczywiście, że tak. Pamiętajmy o tym, że panowało przekonanie, by na Nord Stream 1 i 2 oprzeć całą unijną politykę klimatyczną i energetyczną. Wszystkie kraje byłyby uzależnione od dystrybucji niemieckiej. To Niemcy dyktowałyby wszystkim cenę. Żeby doprowadzić do tego projektu, trzeba było wielu działań, które wymagały pieniędzy – chodzi m.in. o lobbing u posłów, różne imprezy etc. Widać to było bardzo wyraźnie w landach niemieckich, o czym zresztą piszą teraz media. Potrzebujemy tej wiedzy, a zwłaszcza ci, którzy nie wiedzą, jak lobbystyczna jest polityka energetyczna UE.

Sfinansowano ze środków Grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów

Grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów EKR

Artykuł został opublikowany w 39/2022 wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także