Gdzie Krym, gdzie Smoleńsk

Gdzie Krym, gdzie Smoleńsk

Lemingi zagubione w meandrach propagandy
Lemingi zagubione w meandrach propagandy
Dodano
Gościłem ostatnio na imprezie, która ściągnęła całą elitę PiS-u z samym Jarosławem Kaczyńskim na czele. Nastroje – znakomite. Proszę mi wybaczyć skojarzenie (skutek długotrwałej pracy nad książką) ale tak znakomite jak w niemieckiej kwaterze głównej w schyłku listopada 1941, kiedy to już bito pamiątkowe medale ku uczczeniu ostatecznego rozgromienia ZSSR i organizowano pokazowy wyjazd zagranicznych dziennikarzy na zwiedzanie zdobytej Moskwy. Wybory już są właściwie wygrane, Jarosław Kaczyński już właściwie jest znowu premierem, a wraz z nim wszyscy obecni na spotkaniu „byli” czuć się mogą już nie „byłymi”, ale przyszłymi. 

Sondaże są wciąż dla PiS łaskawe, ale przecież od paru tygodni jakby coraz mniej. Licząc PO razem z SLD – wciąż wskazują one, mimo trwałego przebicia przez partię opozycyjną „szklanego sufitu”, na utrzymanie się u władzy dotychczasowego układu. Skąd więc ten triumfalizm

Z tego samego zdarzenia, które skądinąd przerwało pasmo sondażowych sukcesów PiS i odwróciło trend spadkowy notowań PO: z rosyjskiego zaboru Krymu.

Uświadomiło mi to spotkanie z Antonim Macierewiczem, który demonstracyjnie nie podał mi ręki (nie żebym się gniewał – jego strata, nie moja) za to wygłosił z błazeńską miną pełną sarkazmu przemowę w duchu: no i pewnie nadal pan twierdzi, że Putin nie mógł nigdy nikogo zabić! Że Putinowi trzeba ufać! Że możemy liczyć na rosyjskie śledztwo! Gratuluję!

Bogiem a prawdą, nie wiem, dlaczego skierował te przemowę do mnie. Gotów jestem pocałować go w dupę w samo południe w oknie wystawowym Vitkaza, jeśli znajdzie jakikolwiek mój tekst czy wypowiedź telewizyjną, w której bym cokolwiek podobnego bodaj sugerował – pod warunkiem wszelako, że jeśli nie znajdzie, to on pocałuje mnie. Przyjmuje pan zakład, panie pośle? Przepraszam państwa, że proponuję to publicznie, ale skoro pan Macierewicz po wygłoszeniu głodnych kawałków obrócił się dumnie na pięcie udając że nie słyszy, co do niego mówię, nie mam innej możliwości.

Mówiąc poważnie – do czego Putin jest zdolny, nikt bodaj o pięć punktów IQ mądrzejszy od Daniela Olbrychskiego nie mógł mieć wątpliwości jeszcze na długo przed Smoleńskiem, po tym choćby, jak Jurij Felsztyński przekonująco udowodnił, że wysadzenie w powietrze dwóch moskiewskich bloków mieszkalnych wraz z mieszkańcami (i próba wysadzenia trzeciego), które dało Putinowi pretekst do zerwania rozejmu z Czeczenią i krwawej pacyfikacji zbuntowanej republiki było dziełem FSB. Ale to, że Putin jest zdolny do zbrodni nawet na własnych poddanych, nie jest jeszcze dowodem, że zamordował.

Nie będę cytować ani powtarzać swoich tekstów poświęconych sprawie. Nic się w nich nie zdezaktualizowało. Nie stracił na znaczeniu żaden z użytych przez mnie wielokrotnie argumentów, które każą hipotezę o wybuchach w powietrzu uznać za mniej prawdopodobną, od tej, iż przyczyną tragedii był bardak na wieży kontrolnej i złe naprowadzanie, a wszystkie kłamstwa „śledztwa” i propagandowe matactwa, wręcz kierujące podejrzenia ku hipotezie najdalej idącej, miały na celu ukrycie skali rosyjskiej nieudolności, oraz oczywiście uniknięcie odpowiedzialności za doprowadzenie do śmierci tylu osób. Putinowska Rosja zdecydowanie woli uchodzić za państwo bandyckie (nawet chce – świetnie jej to służy) niż żeby dostrzegano, w jakim jest rozkładzie. Największą tajemnicą putinowskiego imperium jest dziś gnicie jego podstaw – a największą propagandową potrzeba budzenia grozy.

Znękane pisowskie dusze, łaknące po latach klęsk sukcesu, upoiły się (mniemam, że nastrój pana Macierewicza odzwierciedla nastroje jego elektoratu) przekonaniem, że skoro Putin odsłonił wreszcie swą bandycka twarz, to oni, jako ci, którzy zawsze przed bandytą ostrzegali, musza teraz po prostu zmiażdżyć przeciwnika. Jest to myślenie życzeniowe, sławne wańkowiczowskie „chciejstwo”. Ludzie nie reagują w ten sposób, jaki uparcie im prawica przypisuje. Nie złapią się za głowy z krzykiem: ach! Ten Putin złym człowiekiem jest, mieliście zawsze rację – rządźcie! W każdym razie nie stanie się to samo z siebie.

Bardzo ciekawe jest w tym kontekście ogłoszenie wyniku badań krwi śp. generała Błasika i innych ofiar tragedii. Czemu akurat teraz? Czy to przypadek, czy może skutek politycznej kalkulacji władzy, że „teraz już można”? Sądzę, że to drugie. Proszę zobaczyć, jaką narrację buduje wokół tej ekspertyzy władza, weźmy choćby wypowiedź ministra Sikorskiego u pani Pochanke czy reakcję „Gazety Wyborczej”. Kwestia oszczerstwa rzuconego na generała przez Rosjan i podchwyconego ochoczo przez „rodzimą kanalię”, by użyć słów ze sławnej piosenki Kelusa, traktowana jest jakby mimochodem, a co wysuwają narratorzy na pierwszy plan? Ten wynik pokazuje, że można i należy ufać polskiemu śledztwu, ten wynik pokazuje, że nie było żadnego alkoholu, helu ani trotylu - oznajmił Sikorski. Ten wynik to „pułapka na Macierewicza”, dowód uniewinniający generała jest zarazem dowodem że nie było wybuchów (chodzi o brak we krwi ofiar tlenku węgla) – wtóruje mu pani Kublik.

Tak rodzi się nowa narracja, którą – jak sądzę - zamierza Tusk rozbroić tykającą pod nim od czterech lat bombę. Agresja Putina na Krym może się dla niego okazać błogosławieństwem podwójny, dając mnie tylko efekt „skupienia wyborców wokół władzy”, ale i okazję do smoleńskiego „resetu”.

Podejrzewam – po czterech latach zostanie wreszcie wydobyta z instytutu Sehna taśma z jaka, a na niej polecenie (usunięte przez Rosjan z „kopii czarnych skrzynek”) zejścia tupolewa na 50 metrów. Być może zapisała się na niej także sekwencja dźwięków, o której mówił śp. chorąży Muś: huk upadku, a potem wybuchy. Jeśli tak, to Macierewicz będzie miał, delikatnie mówiąc, poważny problem, a rządowy agit-prop potężny argument. Owszem, MAK kłamał, ale „sekta smoleńska” kłamie tak samo, tylko w odwrotną stronę! Rosjanie fałszowali śledztwo i kłamali, ale zamachu - nie było!

Tusk oczywiście będzie musiał przyznać się do paru przykrych rzeczy. Że dał się Putinowi wodzić za nos (ale, powie, cały świat wodził Putin za nos, nie tylko mnie!). Że cały oficjalny aparat i wspierające rząd salony łgały o winie pilotów (ale, powie, jak właśnie to zrobił w sprawie rzekomo pijanego generała – ja osobiście nigdy tak nie mówiłem!). Na idiotę wyjdzie bardziej prezydent Komorowski ze swoją „najboleściwiej prostą prawdą” (ale i tak Polacy wiedzą, że on w głowie nie tęgawy, i nie przeszkadza im to), na skończone świnie liczni klakierzy władzy – ale sam Tusk wyjdzie z tego obronną ręką. I zacznie ze swymi lizusami budować całą epopeję o tym, jak to mądrze grał, czekając z ujawnieniem dowodów nieudolności ruskiej wieży kontrolnej na ten moment, kiedy świat może stanąć po naszej stronie i nie ma już złudzeń co do Putina – np. bo gdyby nie on rządził, tylko Kaczyńscy, to by oczywiście poszli od razu na urra, wywołali wojnę z Rosją, a jednocześnie zniechęcili do nas Zachód forsując nieudowodnioną teze o zamachu. I tak dalej…

Każdy, kto ma pojęcie o psychologii, zgodzi się, że lemingi chętnie to kupią, z ulgą oddychając – uff, więc jednak nie zamach! Myliliśmy się, ale nie tak bardzo, bo przecież „ci wariaci” rzeczywiście chcieli podpalić Polskę!

Państwo myślicie, że to nieprawdopobne? A przyszło wam wcześniej do głowy, że kiedy Putinowi spadnie maska, to więcej na tym pijarowsko zyska uległe wobec niego PO, niż hardlajnerski PiS?

Tak samo może pijarowsko ograć Tusk opozycję na polu, gdzie jego klęska wydawała się pewna jak amen w pacierzu – w sprawie Smoleńska. I jak zwykle „z niewielką pomocą swoich nieprzyjaciół”, jak by śpiewali Beatlesi, gdyby śpiewali o wyborczych sukcesach naszego premiera. Ale przede wszystkim dzięki temu, że, wolny od skrupułów i zasad, gra do końca i przebiegle, podczas gdy jego przeciwnicy już spełniają zwycięskie toasty i dzielą skórę na niedźwiedziu.

Czytaj także

 0

Czytaj także