Andriej Zwiagincew, reżyser debiutujący pod wyraźnym wpływem Andrieja Tarkowskiego, nasycający swe filmy chrześcijańską symboliką, sugerujący duchowe głębie drzemiące w rosyjskim człowieku, nieuciekający od czasem wręcz nachalnych nawiązań do biblijnych układów i malarstwa religijnego, już w hitchcockowsko-groteskowej „Elenie” (2011) dał znak znużenia i rozczarowania współczesną Rosją.
Teraz, w „Lewiatanie” opowiada o Cerkwi, która zawłaszczywszy wszelkie symbole, ramię w ramię ze skorumpowaną Putinowską władzą sprawuje wspólne rządy nad rozpijanym, zdemoralizowanym narodem. O ile w „Elenie” pokazywał dwuznaczność duchowego odrodzenia – jego tytułowa bohaterka, stylizowana na plakatach na Matkę Boską, w imię rodzinnych powinności zapalała najpierw świeczkę w cerkwi, by po paru dniach z zimną krwią zamordować bezbronnego człowieka – teraz nie bawi się w półcienie: scena wprowadzająca do akcji groteskowo obrzydliwego mera to biesiada z lokalnym władyką, który posiłkując się biblijnymi frazami o władzy pochodzącej od Boga, pełni funkcję swego rodzaju osobistego trenera, motywującego przy kolejnych kolejkach wódki satrapę na drodze bezwzględnych rządów. (...)