Intelektualne dziedzictwo Jerzego Giedroycia funkcjonuje w Polsce niczym eksponat muzealny. Każdy może z myślą polityczną szefa paryskiej „Kultury” zrobić to, co chce. I nie ma znaczenia, czy chodzi o to, żeby ją afirmować czy dezawuować. A książę z Maisons-Laffitte w tej sprawie z oczywistych względów głosu zabrać nie może (zmarł w roku 2000). Warto zatem przypomnieć jego poglądy i zastanowić się nad tym, ile mają one wspólnego z tym, co na ich temat można przeczytać lub usłyszeć dziś, gdy nazwisko redaktora „Kultury” przywołuje się w sporach o polską politykę wschodnią, bo właśnie z nią jest ono często kojarzone.
Koniec zimnej wojny przyniósł zmianę architektury świata. Na gruzach Związku Sowieckiego utworzono państwa, z którymi III Rzeczpospolita miała nawiązać dobrosąsiedzkie relacje. Tym samym mogło się wydawać, że marzenia wielu pokoleń Polaków o agonii rosyjskiego imperializmu stały się rzeczywistością. I właśnie wtedy na politycznych salonach III RP zaczęła królować koncepcja znana jako doktryna Giedroycia. Choć trzeba odnotować, że gdy pierwszy gabinet Donalda Tuska w roku 2007 uruchomił reset stosunków z Kremlem (co nie podobało się w Kijowie), to znalazła się ona w odwrocie, czego ówcześni jej krytycy – jak choćby Bartłomiej Sienkiewicz, wtedy jeszcze komentator i analityk, a nie polityk – woleliby obecnie nie przypominać, bo jednak potem wróciła do ich łask.
Gwoli ścisłości trzeba doprecyzować, że doktryna Giedroycia jest dziełem nie tylko szefa „Kultury”, lecz także – a nawet przede wszystkim – jego bliskiego współpracownika, Juliusza Mieroszewskiego (dlatego jako jej twórców wypada podawać te dwa nazwiska). To właśnie ten emigracyjny publicysta zamieścił w paryskim miesięczniku w roku 1974 tekst „Rosyjski »kompleks polski« i obszar ULB”, uważany za coś w rodzaju manifestu zawierającego zręby programowe przyszłej polskiej polityki wschodniej.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
