Z początkiem roku wymądrzałem się na tych łamach o „Ścieżkach życia”, ekranizacji sentymentalno-dramatycznych memuarów Raynor Winn. Historia pary, która serię życiowych katastrof odreagowuje, wędrując wzdłuż zachodniego wybrzeża UK, poruszyła wielu czytelników. Polecana jako proza podnosząca na duchu i „niepodważalnie szczera” sprzedała się w 2 mln egzemplarzy – wynik mówi sam za siebie.
Filmowcy jeszcze podkręcili emocje, eskapada spauperyzowanych małżonków nabrała epickiego rozmachu, stając się czymś w rodzaju świeckiej wersji Camino de Santiago. Nagrodą były sława, pieniądze i szacunek. Tego już nie zdzierżyli ludzie znający prawdę. Anonimowy donos, który trafił na biurko dziennikarki „Observera”, okazał się kamykiem poruszającym lawinę. Żurnalistka temat dostała na tacy, lecz następne pół roku spędziła, konfrontując strona po stronie treść książki z rzeczywistością. Prawdziwą bombę zachowała na koniec.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
