Do trzech razy sztuka. Po „Morderstwie w hotelu Hilton” i „Chłopcu z niebios” Tarik Saleh znów portretuje brzydszą, polityczną twarz Egiptu.
Premii za odwagę nie będzie, ponieważ robi to w bezpiecznej odległości od kraju swoich przodków. Adresatem owej trylogii jest Europa, która – zdaniem szwedzkiego filmowca – Orientu się boi, gdyż mało o nim wie. Kłopot w tym, że sam przykrawa rzeczywistość kraju piramid do zachodnich wyobrażeń. Przyjemnie jest myśleć, że Kairczycy są tacy sami jak my i tylko presja państwa/religii sprawia, iż na co dzień muszą się maskować. Czytają Zadie Smith, słuchają Pink Floyd, buszują w Internecie.
Recenzja została opublikowana w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy .
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
