MACIEJ PIECZYŃSKI: Komentując sprawę nadania imienia Bohaterów UPA jednej z ukraińskich jednostek, stwierdziłeś, że prezydent Wołodymyr Zełenski nie może przeciwstawić się mitom założycielskim państwa ukraińskiego. Ale przecież mówimy o rosyjskojęzycznym Żydzie z południa kraju, który – co potwierdzają twoi rozmówcy w książce „Kłopot z Zełenskim” – ma poglądy liberalne i gardzi prawicą. I ten człowiek nagle przefarbował się w brunatne barwy. Może więc to jest tak, że na fotelu prezydenta Ukrainy nacjonalizm wciągnie każdego, niezależnie od jego wyjściowych przekonań?
ZBIGNIEW PARAFIANOWICZ: To prawda. „Fotel nacjonalizmu” wciąga kolejnych prezydentów, o czym świadczą przykłady Wiktora Juszczenki i Petra Poroszenki. Wyjątkiem od reguły jest Wiktor Janukowycz, który był kleptokratą bez poglądów. Poroszenko pochodzi z wielonarodowego regionu Budziak na południu Ukrainy, wychowywał się zaś w naddniestrzańskich Benderach. Teoretycznie nie miał nic wspólnego z tradycją galicyjskiego nacjonalizmu. A jednak, podobnie jak wcześniej Juszczenko, przejął retorykę banderowską, eskalując konflikt z Polską o historię. Zełenski poszedł w ich ślady. Współczesny naród ukraiński powstał na barykadach pomarańczowej rewolucji i od tego momentu istotnym elementem jego tożsamości jest kult OUN-UPA.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

