Podróż sześciogwiazdkowa

Podróż sześciogwiazdkowa

Dodano: 
Patagonia. Zdj. ilustracyjne
Patagonia. Zdj. ilustracyjne Źródło: Unsplash / Lilian Fayot
Jacek Pałkiewicz W dzieciństwie długo wpatrywałem się w atlas. Nie był dla mnie szkolną pomocą, lecz księgą obietnic. Birma, Wyspy Komandorskie, Kamerun, Indochiny – same nazwy wystarczały, by uruchomić wyobraźnię chłopca wychowanego w świecie zamkniętych granic. Najbardziej przykuwała jednak moją uwagę Patagonia

Już samo brzmienie słowa „Patagonia” miało w sobie coś odległego, surowego i niepokojącego. Nie oznaczało zwykłego miejsca na mapie, lecz kres drogi, ostatni skrawek stałego lądu przed oceaniczną pustką i Antarktydą. Przed ponad ćwierćwieczem po raz pierwszy zmierzyłem się z owym Fin del Mundo, końcem świata, który dla wielu podróżników stał się metaforą absolutnej mety. Po latach wróciłem tam ponownie, być może dlatego, że – jak głosi miejscowa legenda – kto raz spróbuje jagód berberysu bukszpanolistnego, ten już zawsze będzie tęsknił za Patagonią.

NAJWIĘKSZY SKARB

Nie jest to kraina, którą łatwo opisać. Nie ma jednej administracyjnej granicy, jednego miasta symbolu ani pojedynczej budowli, z którą można ją utożsamić. Przyjmuje się, że rozciąga się od Río Negro aż po Ziemię Ognistą, obejmując południowe obszary Argentyny i Chile. Andy dzielą ją na dwa odmienne światy. Po stronie argentyńskiej dominuje suchy, niemal bezdrzewny step; po chilijskiej – fiordy, wilgotne lasy, góry i poszarpane wybrzeże Pacyfiku.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.
Czytaj także