Wiedza na temat powstania warszawskiego jest coraz większa i stale się rozszerza, ale dochodzą nowe, zadziwiające elementy. Paranoiczne rozkazy dowódcy płk./gen. Antoniego Montera „Chruściela”, nakazujące walkę łomami i kilofami, nie były czymś wyjątkowym. Taka była mentalność znacznej części przedwojennej sanacyjnej kadry WP, która w znacznym stopniu skompromitowała się już we wrześniu 1939 r. Porzucanie powierzonych sobie dywizji, a nawet armii, i pospieszne udawanie się do Rumunii w kolumnach zarekwirowanych samochodów osobowych, wyładowanych rodzinami i wszelakimi dobrami, miało miejsce, gdy wojsko jeszcze walczyło, nieświadome stanu rzeczy. Zdarzają się jednak znaleziska (np. dokumenty), które sprawiają wrażenie, że mieliśmy do czynienia z dziećmi we mgle, które bawiły się życiem ludzkim.
Oto 30 sierpnia 1944 r. gen. Tadeusz Pełczyński „Robak”, zastępca dowódcy AK i szef sztabu Komendy Głównej, wydał rozkaz do okręgów AK, m.in. Radom- -Kielce, Kraków, Śląsk, Łódź, w którym dzielił się doświadczeniem wojskowym, także z dotychczasowych walk w Warszawie. Polecał w nim, że najlepsze rezultaty osiąga się podczas uderzeń nocnych (szkoda, że od takiej koncepcji odstąpiono 1 sierpnia, rozpoczynając powstanie w najgorszej możliwej porze, o godz. 17).
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
