W czwartek przed drzwiami mieszkania dziennikarki portalu Tysol.pl, Aleksandry Fedorskiej, pojawiło się czworo policjantów. W tym czasie redaktor przebywała na wyjeździe służbowym w Gdańsku. W piątek pełnomocnik prawny Fedorskiej opublikował obszerną informację na temat całej sprawy.
"Dzisiaj tj. 10 lipca 2026 r. o godz. 12 uczestniczyłem jako pełnomocnik Pani red. Aleksandry Fedorskiej w jej przesłuchaniu w charakterze świadka w Komendzie Miejskiej Policji w Poznaniu. Nie możemy ujawnić przebiegu tej czynności procesowej, w tym w szczególności jakie pytania były zadawane i jakie odpowiedzi zostały udzielone. Mogę jednak powiedzieć, że sprawa mogłaby mieć charakter absurdalny, gdyby nie okoliczności towarzyszące tej nieoczekiwanej wizycie na Policji, które wzbudzają bardzo głęboki niepokój" – opisuje Mikołaj Drozdowicz.
Zaznacza, że "Aleksandra Fedorska jest cenioną, poznańską, niezależną dziennikarką, podejmującą trudne i niewygodne dla obecnej władzy tematy, specjalizującą się m.in. w relacjach polsko-niemieckich, a ostatnio podejmującą zagadnienie mechanizmów instytucjonalizacji zjawiska migracji".
Miało chodzi o "sprawę niecierpiącą zwłoki"
"W środę tj. 8 lipca 2026 r. w godzinach późno popołudniowych do mieszkania red. Fedorskiej przybyło 4 funkcjonariuszy Policji (w cywilu). Pani Redaktor nie było w domu, a wizyta policjantów została zarejestrowana na monitoringu zainstalowanym w budynku. Nie wiadomo jakie okoliczności uzasadniały tego rodzaju podejście. Pani Redaktor nie jest stroną żadnego postępowania, nie ma przedstawionych żadnych zarzutów, jest wolną osobą, która nigdy nie uchylała się od jakichkolwiek obowiązków wobec wymiaru sprawiedliwości. Nie otrzymała też wezwania do stawiennictwa wystawionego zgodnie z art. 129 par. 1 KPK" – zauważa pełnomocnik dziennikarki. Jego zdaniem tylko fakt, że "red. Fedorskiej nie było w domu uchronił ją od poważnych konsekwencji, w tym być może próby wtargnięcia do jej mieszkania, oraz przeszukania z pogwałceniem zasad ochrony tajemnicy dziennikarskiej".
"Zapewne zaskoczeniem dla funkcjonariuszy było także to, że wewnątrz budynku zainstalowany jest monitoring, co zapewne podziałało na nich tonizująco. Przypuszczenia te są jak najbardziej uzasadnione, albowiem nic nie tłumaczy tego rodzaju najścia aż 4 funkcjonariuszy, zwłaszcza w sytuacji gdy kontakt z Panią Redaktor nie jest w żaden sposób utrudniony. Gdyby chodziło o przekazanie jakiejś informacji, lub nawet wezwanie w pilnej sprawie na komisariat można było po prostu do red. Fedorskiej zadzwonić" – podkreśla Mikołaj Drozdowicz.
Informuje, że w czwartek rozmawiał telefonicznie z jednym z policjantów, którzy zjawili się przed mieszkaniem Fedorskiej. Funkcjonariusz stwierdził, że chodziło o "sprawę niecierpiącą zwłoki". "Odmówiono mi informacji kto i na jakich zasadach wydał polecenie wysłania do red. Fedorskiej aż 4 policjantów w cywilu i czemu w istocie ta wizyta miała służyć. Na moją sugestię, że red. Fedorska może w każdej chwili stawić się i złożyć zeznania uzyskałem zaskakującą w powyższym kontekście odpowiedź, że 'postępowanie jest dynamiczne i nie jest jasne czy i kiedy taka czynność będzie konieczna'. Czyli w środę po południu Policja 'w sprawie niecierpiącej zwłoki' w sile 4 funkcjonariuszy nachodzi dziennikarkę, ale w czwartek rano okazuje się, że sprawa już pilna nie jest i w ogóle nie wiadomo o co chodziło. Ostatecznie z mojej inicjatywy do przesłuchania red. Fedorskiej doszło dzisiaj o godz. 12. Wyszliśmy bowiem z założenia, że w tych okolicznościach lepiej będzie, gdy red. Fedorska jak najszybciej zostanie przesłuchana, po pierwsze dlatego, żeby wyjaśnić co to za pilna sprawa postawiła poznańską Policję na nogi, a po drugie (i to jest najważniejsze) aby funkcjonariusze stracili choćby i pozorny powód do nachodzenia dziennikarki w jej mieszkaniu" – czytamy.
Mecenas: Działanie na polityczne zamówienie
"Odniosłem zresztą wrażenie, że funkcjonariusz przesłuchujący red. Fedorską, (bardzo uprzejmy i zachowujący się przyzwoicie i profesjonalnie) był mocno zażenowany okolicznościami sprawy, a przesłuchanie odbyło się jedynie pro forma, zapewne po to, aby zachować pozory legalności całej akcji. Prawdę powiedziawszy nigdy nie uczestniczyłem w bardziej absurdalnej czynności. Znając cały kontekst sprawy nie mam wątpliwości, iż chodzi o działanie na polityczne zamówienie, lub wyjątkową dezynwolturę organów ścigania, które w relatywnie drobnej sprawie wystąpiły z całą swoją mocą strzelając z armaty do wróbla. Ofiarą tego padła nie mająca w istocie żadnych związków ze zdarzeniem pozostającym w zainteresowaniu Policji dziennikarka – matka samotnie wychowująca syna. Jest to klasyczny przykład tzw. miękkich szykan, mających na celu zastraszanie, wywołanie poczucia dyskomfortu i niepewności wywołanego uruchomieniem przez aparat ścigania sił całkowicie niewspółmiernych do potrzeb" – podkreśla mecenas.
"Gdy chodzi o dziennikarkę podejmującą trudne dla władzy tematy, każdemu miłującemu wolność obywatelowi powinno się w takiej sytuacji zapalić czerwone światło ostrzegawcze. Bez względu na poglądy polityczne, czy przynależność do wojujących ze sobą klanów obrona wolności słowa, której emanacją pozostaje nieskrępowana praca dziennikarzy powinna być nakazem rozumu i instynktu samozachowawczego. Bo gdy wolno krzyczeć jest ciągle nadzieja, że i inne wolności zostaną ocalone. PS. Pragnę wszystkie osoby współpracujące z red. Fedorską zapewnić, iż zadbaliśmy o to, aby tajemnica dziennikarska nie została w jakikolwiek sposób naruszona" – podsumował Mikołaj Drozdowicz.
