Przetarg

Przetarg

Dodano:   /  Zmieniono: 

Jednym z najgenialniejszych pomysłów Platformy Obywatelskiej (z punktu widzenia interesów klanu) jest formuła przetargów na zamówienia publiczne. Pod pretekstem walki z potencjalną korupcją powstał idealny model umożliwiający dodatkowe zarobkowanie dla klasy próżniaczej. Formuła jest prosta i łatwo trafiła do ludu, skutecznie tumanionego od 1945 r., powodując wzrost zaufania i uczucia do Partii Miłości. Dobra i uczciwa PO ogłosiła, że jedyną metodą na wykluczenie kombinacji urzędników przy zleceniu wykonania publicznego zamówienia będzie wprowadzenie kryterium „najniższej ceny”. Przetarg wygrywa ten, kto zobowiąże się zrealizować zamówienie za najmniejsze pieniądze. A najlepiej poniżej kosztów.

Znajomy przedsiębiorca budowlany wyjaśnił mi, jak genialny pomysł Jedynie Słusznej Opcji wygląda w rzeczywistości. W mieście W. zaistniała konieczność remontu jednego z publicznych obiektów. Do przetargu stanęło kilka firm – w tym mego znajomego. Wygrał, bo zaoferował najniższą cenę, powiedzmy 10 mln zł. Wygrał i czekał na sygnał do wejścia na budowę. Miesiąc, dwa, pół roku. Po ponad roku – telefon „możecie zaczynać”. Super, tyle że paliwo w momencie wygrania przetargu było tańsze, to samo dotyczy stali i innych materiałów koniecznych do prac. Łączny koszt wzrósł więc o 85 tys. 232 zł i 36 gr. Znajomy dowiedział się od urzędnika, że bardzo mu przykro, ale ustawa wyklucza możliwość renegocjacji przetargu. Więc albo kolega robi za 10 baniek, albo robotę zlecą drugiej w kolejności firmie, czyli tej, która gotowa była podjąć się prac za 11 mln.

Znajomy zrezygnował. Tak jak druga firma w kolejności – z tych samych przyczyn. Robotę dostała więc firma trzecia w kolejności przetargowej – zagraniczna zresztą – która ponad rok wcześniej wartość prac wyceniła na 20 mln zł. Mówię więc koledze: „Kurczę, szkoda, że nie wyszło, parę groszy byś zarobił”. A on na to, że zarobi i tak. Bo firma, która „wygrała” przetarg, właśnie jemu zleciła wykonawstwo, dopłacając mu do 10 baniek te jego 85 tys. 232 zł i 36 gr. A różnica… Cóż, różnicę owa firma po prostu zarobiła.

Potem zastanawialiśmy się wspólnie nad tym, ileż to może kosztować firmę, która „wygrała” przetarg, ciężka praca urzędnika. Jego ciężki trud włożony w na przykład odpowiednie przemieszczanie się papierów na temat remontowanego obiektu. Przemieszczanie się projektu w miejscu i w czasie. A mówiąc o czasie, nie mieliśmy oczywiście absolutnie na myśli zegarków, na zakup których fatalnie zarabiający urzędnicy państwowi muszą brać bankowe kredyty. Żeby coś po sobie dzieciom zostawić.

Autor: Paweł Kukiz
 0
Czytaj także