Choć zabrzmi to mało dyplomatycznie, to doszedłem do wniosku, że gdyby konsekracje biskupie w Bractwie św. Piusa X z 1 lipca w Ecône nie miały miejsca, warto by je było jednak wymyślić. Nieodparte wrażenie jest bowiem takie, że zarówno bezpośrednio przed, jak i po 1 lipca nie było tygodnia, aby słowa i dokonania hierarchów kościelnych nie wskazywały na podwójne standardy w Kościele, na jednoznacznie rewolucyjną orientację Kościoła synodalnego, na brak w ogóle rzetelnego omówienia meritum niezgody między Watykanem a Bractwem św. Piusa X. Na tym burzliwym tle kościelnej codzienności działalność Bractwa, wprawdzie pozbawionego właściwego statusu kanonicznego i obarczonego dziś najcięższymi epitetami ze schizmą i ekskomuniką włącznie, nie może jawić się jako anomalia, siła wywrotowa, a tym bardziej nie ma znamion najgorszego wroga Stolicy Apostolskiej, co publicystycznie przypisywano mu w dniach bezpośrednio po święceniach biskupich z 1 lipca.
Trzeba przyznać, że ta atmosfera „wyjęcia spod prawa” Bractwa św. Piusa X na skutek dekretu kard. Fernándeza była niesłychana i surrealistyczna, z akcentami komizmu włącznie. Nagłówek medialny za nagłówkiem powielały informację o zbiorczym wykluczeniu lefebrystów z Kościoła, kurie diecezjalne jedna po drugiej publikowały wytyczne, które przypominały instrukcję obchodzenia się z jakimś leprozorium, ku wielkiej uciesze zelantów kibicujących w mediach społecznościowych tym najsurowszym rozwiązaniom, dla których nawet trudno znaleźć ekwiwalent w historii Kościoła.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
