Trump – próba subiektywnego bilansu

Trump – próba subiektywnego bilansu

Dodano: 26
Prezydent USA Donald Trump
Prezydent USA Donald Trump / Źródło: Flickr / The White House / Domena publiczna
26 stycznia, dzień 330. Wpis nr 329 | Zacząłem się zastanawiać ostatnio nad byłym już prezydentem USA Trumpem, ale nie dlatego, że uważam, że to jego koniec, ale, że dobrze by było spróbować podsumować jego wejście do polityki, by zobaczyć co zrobił dobrze a co źle, aby wiedzieć co może się dziać, gdyby jednak do polityki wrócił.

To moja amatorska próba, polegająca bardziej na intuicji niż na politologicznych egzegezach, na które trzeba będzie jeszcze poczekać. Teraz co prawda eksperci milczą, głównie dlatego, że na trumpizm jest nagonka jak kiedyś na kułaków. Pora jest bardziej na wiece poterpienia niż obiektywne analizy. Próbuję więc wypełnić – sobie – lukę.

Moim zdaniem Trump był fenomenem na skalę światową i nie dlatego że szefował mocarstwu. Wypłynął dzięki systemowi politycznemu w Stanach, ale też został przez niego pokonany, tyle, że stało się to udziałem tego drugiego, równoległego systemu, który praktycznie jak patrzę to we wszystkich krajach biegnie obok oficjalnego ustroju. Fenomen Trumpa wynikający z systemu wyborczego polegał na tym, że w tym ustroju, osadzonym na ordynacji większościowej taki Trump mógł zapukać do Republikanów i powiedzieć: „jestem”. A Republikanie mogli mu powiedzieć – to bądź, staraj się i jak w prawyborach będziesz dla nas najlepszym koniem, to postawimy na ciebie. I tak się stało.

W kraju proporcjonalnej ordynacji wyborczej jest odwrotnie. To znaczy prezydenta, tak jak i wszystkich posłów i senatorów wybiera się przy partyjnym zielonym stoliku, gdzie wódz partii wyznacza kolejność na listach, którą później nie zaklepuje wyborca, tylko system D’Hondta, który wylicza kto wchodzi z maszyny losującej. Tym bardziej jeśli chodzi o prezydenta. To konwektykle partyjne, a właściwe wodzowie z przybocznymi wyznaczają kto będzie startował i kogo będzie popierał aparat partyjny, który przeistacza się wtedy w maszynkę wyborczą.

A więc w USA mógł przyjść Trump i system dawał mu szansę, która wykorzystał w 2016 r. Do tego Trump miał jedną ciekawą (również dla Republikanów) cechę – kasę. Sam wyłożył ok. 50 milinów $ z 238 wydanych na jego kampanię. Kandydatka Clinton wydała około 500 milionów, ale… nie swoich. I tu jest całe clou fenomenu Trumpa – ten był chyba pierwszym od wielu lat prezydentem, który nie musiał się w czasie swojej kadencji odwdzięczać sponsorom, reprezentującym w większości przypadków nieprzypadkowe lobby. A Pani Hillary musiała. By. W związku z tym „bilans otwarcia” Trumpa na starcie mógł być formułowany bez większych zewnętrznych naleciałości.

Zanim zaczniemy się zastanawiać jakie mógł popełnić Trump błędy, a popełnił, bo przegrał, zobaczmy na pozytywy jakie osiągnął. Stopa oszczędności osobistych za Trumpa wzrosła do rekordowych 33%, ba – przed kowidem była i tak na szczytach, czyli 12,7%. Amerykanie zaczęli spłacać swoje zadłużenie, zwłaszcza na kartach kredytowych. Choć latem 2020 bezrobocie kowid wywindował do 15%, to teraz wynosi ono 6,5% (w UE +8%), od 2017 roku PKB USA wzrastał o ok. 3%. Skorzystały też mniejszości etniczne, bo ich dochody wzrosły o 20%. Wśród 25% najuboższych zarobki wzrosły o prawie 5%. Bezrobocie za kadencji Trumpa spadło do 3% a wśród czarnoskórych poniżej 6%. Same rekordy.

No może jeszcze troszkę by podrażnić opornych na fakty: przybyło 7 milionów nowych miejsc pracy, dochody klasy średniej wzrosły o ok.5-6 tysięcy $ rocznie, bezrobocie spadło wśród kobiet do poziomu nieznanego od 70 lat. Obniżono CIT dla firm z 35 do 21%, co spowodowało powrót kapitału na poziomie 1,2 biliona $. Zwiększono kwoty wolne od podatku (w niektórych przypadkach dwukrotnie). Rozpoczęła się deregulacja od zasady „dwa za jeden”, czyli za jedną nową regulację wymagano likwidacji dwóch starych (w rzeczywistości osiągnięto poziom… osiem za jeden). Trump zrenegocjował wiele niekorzystnych dla Stanów międzynarodowych umów handlowych. W zakresie energetyki USA po raz pierwszy od 70 lat stały się eksporterem netto energii. No i nielegalna imigracja – działania Trumpa spowodowały jej spadek o 87%.

Należy dodać, że Trump nie wszczął żadnej nowej wojny i deeskalował stare, wraz z obecnością i zaangażowaniem w nie USA. Nie byłbym sobą gdybym tu nie dodał, że jego poprzednik, laureat pokojowej nagrody Nobla, prezydent Obama, miał tu podejście odwrotne. Angażował Amerykę w nowe wojny, istniejące eskalował. Świat, który dał mu tę nagrodę licząc, że się nią przejmie i ściągnie palec z cyngla – zawiódł się. Ale w pamięci ludzkości pozostanie Trump-militarysta naprzeciwko łagodnego erysty Obamy, który przecież tak pięknie przemawiał o pokoju i współpracy…

I teraz – jak można było przegrać z takim portfolio? No właśnie, zaraz do tego dojdziemy. Po pierwsze wydaje mi się jasne, że gdyby nie kowid, to Trump miałby reelekcję w kieszeni. Bo kowid stał się narzędziem politycznym, wykorzystanym przez demokratów. Umożliwił to… ustrój USA. Nam się wydaje z perspektywy Polski, że Trump to taki Duda z Morawieckim i Kaczyńskim razem wzięty. I że jak pomyśli, podejmie decyzję to już jedzie, nawet lepiej niż kraje o ustroju parlamentarno-gabinetowym. No nie. USA to państwo federacyjne, o dość dużej autonomii poszczególnych stanów. I to właśnie tak się złożyło, że ta autonomia jest dokładnie w przestrzeni również kowidowej. Wszystkie decyzje dotyczące obostrzeń, lockdownów, polityki epidemiologicznej należały do gubernatorów stanów i Trump mógł im nagwizdać. I lockdowny szalały w… stanach, gdzie rządzili Demokraci. To samo z bezpieczeństwem. Gdy się popatrzy na „miasta zadymne” to korelacja niewzywania Gwardii Narodowej, rozmontowania policji miejskiej i stanowej to też były tereny Demokratów. W dodatku media obarczały o wszystko Trumpa, który tylko mógł się temu przyglądać. Demokratyczni kowale zawinili a opinia publiczna chciała powiesić trumpowego Cygana.

To pierwsze działanie „zewnętrzne”, to znaczy, nie wina samego Trumpa, ale jego przeciwników, wykorzystujących okoliczności. Druga to bezlitosna kampania przeciwko prezydentowi. Od pierwszego dnia jego elekcji byliśmy świadkami manifestacji i zadym przeciwko elekcji Trumpa. Skala, łącznie z brutalnością, tych zajść to dwa poziomy wyżej niż ostatnie „zwiedzanie Kapitolu”. Wtedy to było ok, zaś 6 stycznia to be. Potem już jazda na okrągło, impeachment, oskarżenia o putinizm, zeznania gwałconych panienek z okresów przeszłych, no wszystko co można było. Jak pisałem – ciągłe napięcie, wielowektorowy kryzys miał dwa zadania – wkodować w głowach wizerunek okropnego winnego wszystkiemu prezydenta i drugie: doprowadzić do zmęczenia kryzysem wizerunkowym i bombami odpalanymi w mediach do efektu „niech to się wreszcie JAKOŚ skończy”.

No właśnie – media. te przeszły na stronę opozycji nie dzień po wyborze Trumpa, ale już kiedy zgłosił swoją kandydaturę. Najpierw beka z nuworysza, potem, w miarę wzrostu popularności – hejt. Trump w kampanii ograł media, bo Big Tech, a właściwie AGFA (Apple, Google, Facebook, Amazon) jeszcze nie były tak wprost dogadane z Demokratami jak dzisiaj i przez nieuwagę puściły go na swoje serwisy. Wtedy jeszcze nie było społecznego przyzwolenia na cenzurę. Trump dostał prezydenturę dzięki umiejętnej kampanii w social mediach, poprzez które zwrócił się bezpośrednio do Amerykanów, nad głowani wrogich mu mainstreamowych telewizji. AGFA się zorientowały, że wyhodowały żmiję na swoim łonie i zaczęły przykręcać Trumpowi śrubę, aż do kompletnego zakneblowania w „dniach krytycznych”.

No nie miał Trump łatwo, ale chyba się mógł tego spodziewać. A to znaczy, że albo był za słaby, albo za mało zdecydowany, bo przegrał. Albo towarzystwo było zbyt silne. Żeby ocenić jego prezydenturę można się skupiać na różnych jego operacyjnych decyzjach – lepszych lub złych. Ale z tego nic nie wynika. Strategicznie Trump myślał jak spróbowałem opisać, ale mu się nie udało. Pytanie – dlaczego.

Ja myślę, że miał Trump dwa problemy. Podszedł do swojego nowego stanowiska jakby objął największą firmę pt. USA. Że po prostu będzie nią rządził jak dużą korporacją. To miało zalety, ale i wady. Zalety – Trump, i to jest jego fenomen człowieka z zewnątrz, podszedł do sprawy biznesowo. Zobaczył USA jako kraj umieszczony w geopolitycznym świecie, gdzie inne kraje są jego konkurentami na wielu płaszczyznach. Zrobił analizę SWOT Ameryki i wyszły mu słabe i silne strony, szanse i zagrożenia. Geopolitycznie padło mu na Chiny, które już dogoniły Stany i wraz z globalizmem wypłukały pracę i klasę średnią z USA. I rozpoczął działania, które skończyły się plusami wymienionymi na początku.

Ale – pewnie to chyba nowe doświadczenie dla Trumpa – kraj to nie jest firma, tyle, że większa. Nie można zarządzać nim jak prezes, który jest na szczycie hierarchii, a poniżej wszyscy przyjęci przez niego ludzie, którzy w ramach umowy robią co trzeba za pieniądze. No tak nie jest. Biznes jest logiczny – polityka nie. Trump nie miał tego co mają prezydenci jak wygrają – zaplecza swojej partii. Trump nie miał kim obsadzać głównych stanowisk, co dopiero mówić o niższych szczeblach. Republikanie nie dostarczyli mu najlepszego sortu swoich ludzi, zresztą Trump miał gdzieniegdzie swoje pomysły. I to nie najlepsze zresztą.

Ale liczy się inność paradygmatu polityki i biznesu. Oczyma duszy widzę jak Trump musiał się mordować z „imposybilzmem”, bezwładem administracji we wdrażaniu jego planów. Był on przecież przyzwyczajony do biznesowego tak-tak, nie-nie, kiedy szef podejmuje decyzję, wyznacza termin i reszta załogi rusza do realizacji. A tu się nie dało. W dodatku, moim zdaniem, i tak w tle rządził stary układ Deep State, czyli nieformalny, ba pozbawiony znamion rywalizacji dwóch partii układ rzeczywistego ustroju, ale o nim później.

Druga wada to kwestia PR-u. Trump zbytnio eksponował swoje ego. Wyglądał na pyszałkowatego zarozumialca. A w czasach postpolityki lud wyborczy nie szuka już męża stanu. Szuka Świętego Mikołaja, miłego faceta, ciepłego, empatycznego. Woli nawet urzędnika niż wodza. Trump dał Amerykanom biznes plan, który działał, ale oni nie potrzebują logiki, jak widać, nie potrzebują nawet (w krótkoterminowej skali) nawet kasy. Lud potrzebuje schlebiania jego emocjom. Zwłaszcza emocjonalnie rochuśtany. A tu było u pragmatycznego Trumpa bardzo słabo. W dodatku postać zarozumialca odsłaniała wielkie przestrzenie do medialnego kompromitowania prezydenta właśnie na emocjonalnym poziomie widza. Widać to było nawet w Polsce, gdzie główne zarzuty wobec Trumpa (z oczywistych powodów uważanego za amerykańskiego Kaczora) miały charakter bardziej… estetyczny niż merytoryczny. Niewiele mówiło się jak mu tam idzie w gospodarce, a więcej którą to panią klepnął w zadek 30 lat temu i że ma pomarańczową pożyczkę na głowie.

Trump, człowiek z zewnątrz, nawet dla republikańskiego establishmentu, był osobą, która kompletnie burzyła ustalony porządek. Bo do tej pory mieliśmy dwójpolówkę (jak w Polsce) rządów obu partii. Jak jednej poszło bardzo dobrze, to brała wszystko, jak źle, to schodziła do czekających bunkrów opozycji. Ale system akceptowali wszyscy z obu stron, bo szanse były 50/50, pod warunkiem, że nie pojawi się trzeci. Trump swoim wejściem do polityki naruszał ten rytm, czyli naruszał podstawy realnego systemu w USA. I Trump się z tym zderzył, szczególnie, że wszystkie planety tego układu słonecznego ustawiły się w jednej linii: opozycja, media, sądy i… służby.

O mediach już pisaliśmy. Ale sądy – myślę, że w okresie odwoływania się do sądów w sprawie nieprawidłowości wyborczych Trump zobaczył, że i tu jest Deep State. Bo sądy nie rozstrzygnęły sprawy tylko powiedziały, że to sprawa… polityczna i odrzuciły wnioski o nieuznanie głosowania nie z powodów merytorycznych, że fałszerstwa nie było, ale z powodów formalnych. To nie my. I chyba ta konstatacja wywołała u Trumpa takie emocje, że odwołał się do tego nieszczęsnego wiecu 6 stycznia, który właściwie – jak widać dzisiaj – nie miał innego celu niż rozładowanie frustracji. Ale był też okazją dla opozycji. Sposób z jakim obecnie Demokraci wyzyskują „zwiedzanie Kapitolu” dla swoich celów każe mi podejrzewać, że co najmniej skorzystali z okazji, jeśli jej nie moderowali. „Przypadki Kapitolskie” są obecnie paliwem do próby impeachmentu Trumpa i tropienia agresywnego trumpizmu w całej Ameryce, łącznie z sankcjami dla nieprawomyślnych, które wciąż są eskalowane. Bez tego nic by nie można było zrobić Trumpowi, bo co? Za co? Że startował do reelekcji? Że się odwoływał do sądów? A co nie wolno? (Wtedy jeszcze było wolno).

No i służby. Myślę, że Trump ich nigdy nie miał. Że stały one za swoim rozumieniem racji stanu Ameryki, bez większych korekt ze strony prezydenta. Moim zdaniem ktoś też musiał przygotować bezradność służb 6 stycznia. W krytycznym dniu 6 stycznia obstawa była bardziej niż skromna, za to na inaugurację Bidena sprowadzono do Waszyngtonu 25 tysięcy uzbrojonych żołnierzy, którzy pilnowali chorągiewek na inauguracji. Ta obecność ma podkreślać ciągłe zagrożenie trumpizmem, coś się już bąka o specjalnym prawie antyterrorystycznym, mającym zapobiegać eskalacji stłumionego na razie agresywnego trumpizmu. I pani Biden wychodzi do gwardzistów, by dać biedakom ciasteczka. No, komedia.

Myślę, że Trump miał pomysł na Amerykę, ale nie miał pomysłu na Deep State, czyli jak rozmontować ten nieformalny układ rządzący krajem. I nie jest to jakiś specjalny spisek masonów, po prostu demokracja tak się degeneruje, głównie poprzez swoje instytucje, o czym już pisałem. Przeistacza się w sieci klientelistyczne, które działają według własnej dynamiki, dalekiej od ram ustrojowych. Może Trump najpierw chciał zrobić dobrze Amerykanom, a potem się zabrać za beneficjentów realnego ustroju w drugiej kadencji? Tym bardziej powinien się pilnować w wyborach.

Nam to w postkomunistycznym kraju łatwo powiedzieć. Było zaprosić np. nasz Ruch Kontroli Wyborów, to by mu chłopaki w tydzień zidentyfikowali słabe punkty systemu głosowania. Było się zająć służbami i zrobieniem tam porządku, bo my sami jesteśmy ofiarami jego braku. Było się zabrać za sądy. I to wszystko wcześniej, na początku kadencji, by mieć wszystko ułożone na wybory 2020. I tu moim zdaniem Trump zaspał, albo zorientował się z jakimi mocami zadarł.

I teraz będziemy mieli nie tyle 4 lata rewolucji lewicowej w USA. To może potrwać dłużej, chyba, że się kasa skończy. Będzie odginanie trumpizmu, polowania na czarownice (o tym jeszcze osobno napiszę). Demokraci już się nie czają z jazdą po bandzie. Dopiszą do USA jeszcze dwa stany (Porto Rico i miasto Waszyngton), które podziękują im w głosowaniu i w ten sposób zdobędą powiększony Kongres i Senat. Jadą już miliony imigrantów na zaproszenie Bidena, zalegalizowane nielegały też będą wdzięczne. Demokraci kupują lub kombinują sobie większość kosztem… kraju. Jak widać są zdeterminowani.

A co zrobi Trump? Czy założy swoją partię? Co zrobić z 70 milionami zawiedzionych zwolenników? Nowa partia to wojna z Republikanami i ich rozpad, czyli spełnienie marzeń Demokratów. Słychać, że Trump będzie chciał z Republikanami popracować nad odzyskaniem większości w Kongresie i w Senacie w wyborach w 2022 roku. Co oznacza, że jest wciąż politykiem. I to politykiem racjonalnym, dobrze identyfikującym obecne priorytety w bieżącej sytuacji.

Ja chyba w ogóle jestem antysystemowcem, szczególnie w wydaniu polskim. Nic dziwnego, że mi się podobał taki Trump. Jak on padnie to już nikogo takiego długo nie zobaczymy. Będziemy żyli w tych swoich realnych, acz niejawnych systemach, udekorowanych ustrojowymi atrapami.

Jerzy Karwelis

Więcej wpisów na blogu Dziennik zarazy.

Źródło: dziennikzarazy.pl
 26
Czytaj także