Polska dziennikarka relacjonuje dramat w Hiszpanii. "Wprowadzono dyktaturę"

Polska dziennikarka relacjonuje dramat w Hiszpanii. "Wprowadzono dyktaturę"

Dodano: 130
Koronawirus w Hiszpanii
Koronawirus w Hiszpanii / Źródło: PAP/EPA / Javier Blasco
– Moje osobiste refleksje pewnie wielu zdziwią, a może nawet rozjuszą, ale uważam że działania podjęte przez nasz rząd wystawiają mu wysokie świadectwo zarówno z umiejętności oceny sytuacji, jak i podjętych środków. Nie słynęliśmy z turystyki zdrowotnej, jak Hiszpania, a stan naszej służby zdrowia zawsze budził przerażenie. Jesteśmy krajem wiele uboższym, a mimo to, nie dotyka nas dramat oglądania tysięcy trumien naszych rodaków – mówi portalowi DoRzeczy.pl dziennikarka "Do Rzeczy" Małgorzata Wołczyk.

W polskich mediach wiele mówiło się złej sytuacji w Hiszpanii, jeśli chodzi o przebieg walki z koronawirusem. Jak jest naprawdę?

Małgorzata Wołczyk: Sytuacja w Hiszpanii jest tak dramatyczna, że media porównują obecną sytuację do roku 1939, a więc zakończenia Wojny Domowej i ruiny kraju, jaka nastąpiła w jej wyniku.

Pisząc o "ruinie kraju" ma pani na myśli jedynie czynnik zdrowotny?

Nie. Dziś chodzi nie tylko o kryzys związany z pandemią, gigantyczny kryzys ekonomiczny, ale też kryzys demokracji czy jak mówią niektórzy – wprowadzenie dyktatury. Ogłoszony 46 dni temu stan alarmowy jest de facto stanem wyjątkowym, w którym rząd przyznał sobie nieograniczone prerogatywy, a więc zniósł kontrolę demokratyczną parlamentu, podporządkował władzą sądowniczą i rządzi z pomocą dekretów oraz ogranicza prawa i wolności obywatelskie.

W jaki sposób?

Cenzurując media, sieci społecznościowe a nawet komunikatory jak WhatsApp, czego sama doświadczam.

Czy ludzie buntują się przeciw rządowym restrykcjom?

Nie są w stanie się buntować, ponieważ rząd trzyma ludzi w zamknięciu do 9 maja. Rząd Sancheza najpierw długo lekceważył epidemię, później spóźnił się z przyjęciem najbardziej podstawowych środków zapobiegawczych, a na koniec zafundował Hiszpanom najsurowszy reżym, jaki ogłoszono, gdziekolwiek na świecie w związku z epidemią. Ludzie mogą opuścić mieszkanie tylko, gdy mogą się wylegitymować: przepustką do pracy, koniecznością wyjścia do lekarza, apteki lub najbliższego sklepu. Od tego poniedziałku dopiero po 41 dniach jeden rodzic może wyprowadzić na godzinny spacer jedno dziecko. Jedyne, co mogą robić Hiszpanie, to wyrażać swój sprzeciw na balkonach poprzez tzw. caceroladę, czyli bicie w garnki i hałasowanie o określonej godzinie albo zwoływanie wirtualnych manifestacji na YouTubie.

A jak Hiszpanie podchodzą do samej epidemii koronawirusa?

Czuć ogromne przygnębienie i strach. Mówimy o narodzie, który wedle oficjalnych danych stracił już 24 tys osób, a wedle danych z poszczególnych regionów łącznie 37 tys osób. Porównajmy np. najważniejszy wskaźnik czyli śmiertelność w relacji do mieszkańca: w Polsce mamy 14 zmarłych na milion mieszkańców, w Hiszpanii 720 na milion mieszkańców, a w samym regionie Madrytu 1500 na milion. To są kolosalne straty, dla nas jak na razie niewyobrażalne. Ale tuż obok rośnie w Hiszpanii rekordowa liczba bezrobotnych: już 9 milionów (jeśli liczyć tych czasowo zwolnionych).

Mówi pani o ofiarach. To starsi ludzie, czy przedział wieku jest różny?

Hiszpania należy do „najstarszych” narodów w Europie, stąd też żniwa śmierci są obfitsze. Teraz umieralność z powodu COVID-19 sięga tam 3,11 proc. podczas, gdy dla krajów młodszych, tak jak Polska, wskaźnik ten jest na poziomie 0,66 proc.. Owszem, ponad 90 proc. zmarłych to ludzie powyżej 80 roku życia, ale każdego niemal dnia media donoszą o śmierci jakiegoś młodszego policjanta, lekarza lub pielęgniarki ponieważ stała ekspozycja w pierwszym szeregu walki i brak podstawowych zabezpieczeń prowadzi do niepotrzebnych tragedii. Rezydencje i domy dla osób starszych stały się „umieralniami”. Zanim władze regionów zdążyły zapanować nad sytuacją, słyszało się o wielu przypadkach, gdy jednej nocy w Madrycie czy Barcelonie umierało w jednym domu starców nawet do 20 podopiecznych.

Co z osobami bezdomnymi i tymi, którzy doświadczyli kryzysu bezdomności? Mogą liczyć na pomoc państwa?

Trzeba pamiętać, że Hiszpania podzielona jest na 17 regionów autonomicznych, a każdy „samorząd” musiał zatroszczyć się o swoich. Oczywiście Kościół bardzo szybko włączył się w ochronę bezdomnych. Było darmowe żywienie, zdarzało się, że oddawał swoje budynki na noclegownie dla osób w potrzebie.

Podczas dzisiejszej konferencji premier Mateusz Morawiecki zapowiedział kolejny etap poluzowania gospodarki. Niektórzy twierdzą, że za szybko.

Mam trochę inną perspektywę, ponieważ śledzę uważnie życie w Hiszpanii i codziennie spędzam kilka godzin na rozmowach z Hiszpanami: dziennikarzami, profesorami a nawet deputowanymi z partii VOX, z którymi wcześniej przeprowadzałam wywiady dla "Do Rzeczy". Polska wydaje się na tamtym tle być inną planetą, naprawdę. Nie dziwię się, że w rankingu Uniwersytetu Oxfordzkiego umieszczono nas wśród najbezpieczniejszych krajów świata. Rząd polski w porę podjął kluczowe, strategiczne decyzje, które uchroniły nas od takiej dynamiki zachorowań, jak to miało miejsce w Hiszpanii.

Jeśli rząd będzie monitorował sytuację z taką samą troską i przytomnością, jak to miało miejsce od pierwszych chwil, to wydaje mi się, że możemy pozostać spokojni. Wiem, że cztery fazy naszego otwarcia wzbudziły podziw i to nie tylko po „prawej stronie” Hiszpanii. Rząd Hiszpanii dopiero zaczyna tworzyć plany, ale wydaje się że trwa tam permanentne zarządzanie chaosem i to przez filozofa, bo przypomnę że hiszpański minister zdrowia Salvador Illa nie ma nic wspólnego z medycyną. Moje doświadczenia z Hiszpanią i codzienne zanurzenie w świecie tamtejszych mediów sprawiają, że sytuacja w Polsce daje mi poczucie bezpieczeństwa, a nawet dumy, stąd uważam, że dojrzeliśmy do zapowiadanych poluzowań i to w rytmie przewidzianym przez rząd.

Kto lepiej sobie radzi z pandemią. Polska, czy Hiszpania?

Myślę, że cyfry mówią same za siebie. W sytuacji, gdy Hiszpania nawet po „zamordystycznych” 46 dniach stanu wyjątkowego i zamknięcia narodu w domach notuje dziennie około 300 zmarłych, to znaczy, że wciąż płaci tak ogromne koszty za zaniedbania z pierwszego etapu pandemii. To wszystko jest łatwe do porównywania, bo chodzi o reakcję krajów od momentu wykrycia pacjenta „0”, zmarłego nr „1” i w ten sposób okazuje się, że polski rząd przyjął maksimum środków, jeszcze zanim mieliśmy pierwszego zmarłego, a rząd hiszpański nie tylko wziął aktywny udział w rozpropagowaniu wirusa, zachęcając do wielomilionowych manifestacji w największych miastach Hiszpanii w dniu 8 marca, ale pierwsze działania podjął dopiero po tych „bombach biologicznych”, gdy miał już 30 zmarłych i setki tysięcy zakażonych. Do ostatniej chwili oszukiwano ludzi, aby przeprowadzić ideologiczne marsze, stąd już 6 marca rząd przestał publikować oficjalne dane o zakażeniach i zmarłych.

Nie poleciałabym do Madrytu na te manifestacje, gdyby rząd nie oszukiwał w sprawie epidemii i nie kłamał, że to tylko lekka „grypka”. Robiłam zdjęcia, zbierałam materiał na artykuł w zupełnej nieświadomości, że jestem w tłumie setek zakażonych osób i przyjdzie mi za to zapłacić (na szczęście zaliczyłam lekkie objawy i odchorowałam na kwarantannie). Moje osobiste refleksje pewnie wielu zdziwią, a może nawet rozjuszą, ale uważam że działania podjęte przez nasz rząd wystawiają mu wysokie świadectwo zarówno z umiejętności oceny sytuacji jak i podjętych środków. Nie słynęliśmy z turystyki zdrowotnej jak Hiszpania, stan naszej służby zdrowia zawsze budził przerażenie, jesteśmy krajem o wiele uboższym a mimo to nie dotyka nas ten dramat oglądania tysięcy trumien naszych rodaków. Każdy z nas może zamówić lub kupić maseczkę, która jest nie do zdobycia dla milionów Hiszpanów. Resztę komentarza pozostawiam cyfrom i rankingom publikowanym przez niezależne Ośrodki Badań, jak ten w Baltimore czy Oksfordzie. Chociaż raz przestańmy narzekać, bo nasza sytuacja jest nieporównywalna wobec tragicznej sytuacji, w jakiej znalazły się miliony Hiszpanów.

Wielu medyków narzeka na brak sprzętu ochronnego. Hiszpania także boryka się z tym problemem?

Bez przerwy słyszę, że jest brak podstawowych zabezpieczeń, dlatego wedle udostępnionych danych personel medyczny Hiszpanii należał do najbardziej zakażonego na świecie. Mowa była swego czasu aż o 15 proc. Teraz sytuacja jest trochę lepsza, bo wreszcie pojawiły się maseczki czy fartuchy. W czasie szczytu pandemii, gdy umierało dziennie 900 osób mogliśmy oglądać lekarzy obleczonych w worki na śmiecie, a w niektórych szpitalach jedną maseczkę mieli obowiązek używać nawet przez 2 tygodnie, choć oczywiście nie wolno im było poskarżyć się do mediów.

Źródło: DoRzeczy.pl
 130
Czytaj także