ZdrowieProf. Giebel: Komórki CAR-T to "żywy lek". Możemy go też wytwarzać w Polsce

Do Rzeczy o zdrowiu Dodatek tygodnika „Do Rzeczy”

Prof. Giebel: Komórki CAR-T to "żywy lek". Możemy go też wytwarzać w Polsce

Hospitalizacja
Hospitalizacja / Źródło: Fotolia
Dodano 10
Dotychczasowe efekty stosowania komórek CAR-T są bardzo dobre. W Polsce mamy naukowców, którzy są w stanie taką technologię opracowywać, lekarzy, którzy będą ją wdrażać oraz infrastrukturę, by bezpiecznie leczyć - mówi prof. Sebastian Giebel, hematolog.

W styczniu w kierowanej przez Pana klinice komórki CAR-T, czyli zmodyfikowane genetycznie limfocyty T, dostała druga pacjentka w Polsce. Była chora na chłoniaka, wcześniejsze terapie nie pomogły. Jak dziś się czuje?

Bardzo dobrze, cieszy się życiem. Efekty zastosowania komórek CAR-T są u niej znakomite, a była to pacjentka praktycznie bez szans. Do dziś ten sposób leczenia zastosowaliśmy jeszcze u dwóch kolejnych osób.

O terapii CAR-T mówi się, że jest to „nadzieja dla pacjentów bez nadziei”. Na jakim etapie choroby się ją stosuje?

Dziś jest zarejestrowana w dwóch wskazaniach: chłoniak rozlany z dużych komórek B (u osób dorosłych) i ostra białaczka limfoblastyczna (u dzieci i młodych osób do 25. roku życia). Dotyczy to pacjentów, u których wcześniej, bez powodzenia stosowano co najmniej dwie linie leczenia. Zwykle nie mamy im już nic więcej do zaoferowania, a przewidywany czas życia wynosi najwyżej kilka miesięcy.

Na dziś komórki CAR-T to najbardziej obiecująca metoda leczenia w onkologii. W badaniach klinicznych była stosowana, gdy zawiodły wszystkie inne formy terapii. Mimo to u ok. 50 proc. chorych na chłoniaki udało się uzyskać całkowitą remisję (wycofanie choroby), a u ok. 30-40 proc. ta remisja jest trwała, co w praktyce może oznaczać wyleczenie z choroby nowotworowej. Czas obserwacji nie jest jeszcze długi, bo wynosi ok. 2 lat, jednak w tego typu chorobach, jeśli ma dojść do nawrotów, dzieje się to zwykle już po kilku miesiącach. Pacjenci, którzy mają remisję powyżej 2 lat, z dużym prawdopodobieństwem są wyleczeni. W przypadku dzieci chorych na ostrą białaczkę limfoblastyczną, szansa na wyleczenie sięga nawet 60 procent. A dotyczy to dzieci, których rokowanie było beznadziejne.

W czym tkwi sekret skuteczności tej metody?

To leczenie wykorzystuje komórki własnego układu odpornościowego. Każdy ma wyspecjalizowane komórki, które na co dzień starają się nie dopuścić do rozwoju nowotworu. U osób, u których on się rozwinął, te komórki tracą skuteczność, przechodzą w stan uśpienia. Metoda polega na tym, żeby „wyłowić” je z krwi i przeprogramować. Wprowadza się do nich gen, który pozwala im na nowo rozpoznawać nowotwór. Potem dodatkowo się je namnaża. Mówiąc obrazowo: z rozproszonych oddziałów wojska robimy silną, wyspecjalizowaną armię, która potrafi rozpoznać przeciwnika i z nim walczyć. Po modyfikacji genetycznej wprowadza się je z powrotem do krwi pacjenta, by mogły wykonywać swoje zadania.

Niezwykłość tej metody polega też na tym, że to nie jest lek, który zadziała i zniknie. Część z tych komórek może przetrwać wiele miesięcy, być może nawet lat, stanowiąc straż, która chroni przed nowotworem. To jest żywy lek.

Jest szansa, że CAR-T będą stosowane też w innych chorobach?

Toczy się wiele badań. Spodziewamy się, że nowe tego typu produkty - mówię „produkty”, bo to nie są leki, które pojawią się na półce - będą mogły być zarejestrowane u chorych na szpiczaka plazmocytowego. Na dziś jest to choroba nieuleczalna, być może dzięki CAR-T otworzy się szansa na wyleczenie. Prowadzone są też badania w innych nowotworach krwi, a także w tzw. nowotworach litych. Potrzebne są jednak dalsze badania i dalsze doskonalenie tej technologii. Wierzę, że za kilka- kilkanaście lat stanie się ona powszechnie stosowana, pozwoli wyleczyć większość chorych na nowotwory.

Na dziś to jedna z najdroższych metod leczenia onkologicznego: koszt terapii to ok. 1,3-1,5 mln zł. Tak wysoka cena wynika z tego, że to terapia przygotowana indywidualnie dla chorego, z wykorzystanie jego własnych komórek. Limfocyty trzeba pobrać, zamrozić, przetransportować do laboratorium, zmienić genetycznie, namnożyć, znów zamrozić, przewieźć do pacjenta, podać.

Agencja Badań Medycznych ogłasza grant na wsparcie stworzenia komórek CAR-T w Polsce. Czy jest u nas szansa na rozwinięcie tej technologii i podawanie chorym?

Jak najbardziej. Wiele obiecujemy sobie po tym konkursie. Są w Polsce laboratoria, które mogłyby wytwarzać komórki CAR-T, opracowywać je od początku lub wykorzystać licencję udostępnioną przez innych producentów. Są też ośrodki, które mają doświadczenie w leczeniu w ten sposób pacjentów: oprócz naszej kliniki to ośrodek hematologii w Poznaniu oraz hematologii dziecięcej we Wrocławiu. Mamy kompetencje, naukowców, którzy są w stanie taką technologię opracowywać, oraz infrastrukturę, by bezpiecznie leczyć. Taka technologia stworzona od zera w Polsce na pewno byłaby znacznie tańsza, a więc też bardziej dostępna dla pacjentów.

Jak dużo czasu trzeba, by można było taką technologię w Polsce wytworzyć i móc zastosować?

Sądzę, że taka praca od początku, czyli od prac laboratoryjnych po rejestrację leku to co najmniej 5-6 lat. Nie startujemy jednak od zera, pewne kroki zostały już podjęte, są laboratoria, które przeprowadziły pierwszy etap badań, dlatego mam nadzieję, że udałoby się to zrobić szybciej. Badania nad technologią CAR-T toczą się na całym świecie w różnych wskazaniach. Nie powstanie jeden uniwersalny produkt, on będzie dla każdej choroby nieco inny. Obszar badań jest więc bardzo szeroki i musimy w nim znaleźć własne miejsce.

Na pewno prace można by skrócić dzięki zakupowi licencji, co pozwoliłoby na pominięcie wszystkie etapów badań przedklinicznych - laboratoryjnych. Uważam jednak, że niezależnie od tego powinny toczyć się prace nad stworzeniem w Polsce takich terapii zupełnie od podstaw, żebyśmy mieli swój wkład w tę dziedzinę wiedzy.

To ważne nie tylko dla pacjentów, ale też dla polskiej nauki?

Tak. Uważam, że leki, które zostaną przebadane w Polsce, będą mogły zostać zarejestrowane przez Europejską Agencję Leków (EMA) i być stosowane u polskich pacjentów, ale też w innych krajach.

Prof. Sebastian Giebel jest kierownikiem Kliniki Transplantacji Szpiku i Onkohematologii Narodowego Instytutu Onkologii w Gliwicach

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 28/2020
Artykuł został opublikowany w 28/2020 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 10
  • Janusz IP
    Gratulacje!!!! To powinno byc na pierwszej stronie i wielkimi literami.
    Ale nie , klamstwa na temat niby pandemii sa wazniejsze.
    Takimi gazetami jak GW mozna rzygac ale do tego poziomu zbliza sie tez DoRzeczy.
    Dodaj odpowiedź 6 0
      Odpowiedzi: 0
    • kamikace IP
      To dlaczego się tego nie robi na masową skalę, a truje chemią? Bo stracą koncerny chemiczne?
      Dodaj odpowiedź 10 2
        Odpowiedzi: 0
      • Dorota IP
        Oby w Szpitalu Kopernika w Łodzi lekarze I pielęgniarki na ortopedii odpiowiedzieli przed Bogiem za wykańczanie pacjentów. W piekle.
        Dodaj odpowiedź 7 1
          Odpowiedzi: 0
        • Dorota IP
          Szpital kopernika w Łodzi. Złamane udo i rak, taki sobie egzystujący od lat. Zagłodzili pacjenta odwodnili , zabili Zrobili odleżynę na cały pośladek. Martwica zatruła dodatkowo.. Lekarz wie co wziął... To są polskie realia.
          Dodaj odpowiedź 5 2
            Odpowiedzi: 0
          • Szpital w Łódzkiem. IP
            Trafiasz do szpitala na własnych nogach z ......................., gdzie po tygodniu odwożą cię karetką do domu, spuchniętą , niemogącą samodzielnie chodzić, podnieść ręki . jeść , mówić i w pampersie. Co wy na to? I to naprawdę była błahostka.
            Dodaj odpowiedź 29 1
              Odpowiedzi: 0

            Czytaj także