Polska w sieci Platformy

Polska w sieci Platformy

Polska w sieci Platformy
Polska w sieci Platformy
Dodano

Infoafera nie dotyczy kilku, ale wszystkich polskich ministerstw. W tej sprawie CBA współdziała z amerykańskim FBI – jak ustalił tygodnik Do Rzeczy. Jej mechanizmy – ustawianie przetargów i gigantyczna korupcja – niepokoją Unię Europejską i okazują się normą w państwie PO - piszą w najnowszym wydaniu Do Rzeczy Piotr Gociek i Wojciech Wybranowski..

- Choć w doniesieniach o infoaferze roi się od groźnie brzmiących skrótów, technicznych terminów i skomplikowanych nazw, jej mechanizm jest prosty. Przedstawiciele firm informatycznych płacili gigantyczne łapówki państwowym urzędnikom, którzy mieli lub mają wpływ na to, jaki sprzęt komputerowy, jakie oprogramowanie i na jakich warunkach będą kupowane dla polskiej administracji. Na razie chodzi o zamówienia o wartości co najmniej 2 mld zł. Biorąc pod uwagę, że przeciętna łapówka to około 10 proc. wartości pełnej kwoty, nietrudno policzyć, że do rozdzielenia był „fundusz łapówkowy” sięgający 200 mln zł.

Z informacji „Do Rzeczy” zdobytych wewnątrz CBA wynika, że biuro w kwestii infoafery współdziała z FBI. – Mogę potwierdzić jedynie, że współpracujemy z przedstawicielami służb amerykańskich – mówi „Do Rzeczy” szef CBA Paweł Wojtunik. Biuro jest zdania, że korupcja na taką skalę nie byłaby możliwa bez przyzwolenia ze strony central globalnych koncernów komputerowych. Przypomnijmy, że w 2012 r. zatrzymano przedstawicieli dwóch takich firm IBM i HP. Według CBA globalne koncerny stworzyły specjalne fundusze korupcyjne na łapówki dla polskich urzędników.

Ministrowie będą następni?

Łącznie zatrzymano około 40 osób. Co dalej? – Sprawdzamy wszystkie przetargi teleinformatyczne – powiedział „Super Expressowi” rzecznik CBA Jacek Dobrzyński, a jego szef Paweł Wojtunik ujawnił, że śledztwo już dotyczy ponad 100 przetargów.

Jeden z aresztowanych łapówkarzy to Andrzej M., były szef Centrum Projektów Informatycznych MSWiA. Zarzuty usłyszał Witold D., były wiceminister MSWiA w czasach Grzegorza Schetyny. Wśród zatrzymanych przez CBA jest także Monika F., naczelnik Wydziału Zamówień Publicznych w Biurze Dyrektora Generalnego MSZ.

„Czy MSZ jest przeżarte rakiem korupcji?” – takie pytanie w związku z jej działalnością usłyszał minister Radosław Sikorski w radiowej Trójce. „Niestety, chyba tak” – brzmiała jego odpowiedź. Dwa dni później napisał na Twitterze: „Komórka nowotworowa usunięta, mój skalpel ostry”. Skomentował tak fakt, że zwolnił Monikę F. Jednak według informatorów „Do Rzeczy” szef MSZ ma się jeszcze czym martwić.

– Praktyka jest taka, że każdą ofertę już na wstępnym, formalnym etapie oceniają dwie osoby. Przy ocenie merytorycznej to już trzy osoby – mówi „Do Rzeczy” informator z MSZ. – Potem całość akceptuje przewodniczący komisji przetargowej, a następnie dyrektor generalny, czasami także wiceminister czy nawet minister.

Nasze źródło dodaje, że niezależnie od trybu przetargu i tak na każdym jego etapie pojawia się akceptacja ze strony pełnomocnika ministra ds. kontroli zarządczej i procedur antykorupcyjnych. Dziś to Maciej Wnuk, jeden z najbliższych współpracowników Sikorskiego.

O Wnuku, który do MSZ przyszedł z MON, było głośno już w 2008 r. – Maciej Wnuk dostał już ode mnie ostrzeżenie, bo nie zastosował się do obowiązujących w MON procedur. Będę się więc uważnie przyglądał jego pracy – powiedział wówczas w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Bogdan Klich. Jak ujawniła wówczas „Rz”, Wnuk podejmował decyzje o przetargach bez konsultacji z przełożonymi.

Opisywane przez nas procedury w MSZ nie są czymś wyjątkowym. Oznacza to, że liczba osób we wszystkich ministerstwach, którymi może zainteresować się CBA, jest dużo większa, niż można było dotąd przypuszczać. Śledztwo nie będzie łatwe. Jak dowiedziało się „Do Rzeczy”, jeden z byłych szefów MSWiA zamiast parafować osobiście przedstawiane do akceptacji dokumenty, opatrywał je jedynie żółtymi karteczkami samoprzylepnymi, na których wpisywał swoje uwagi i rekomendacje. Ministra dziś w resorcie już nie ma, dokumenty pozostały, ale… karteczki zniknęły. (...)

Jak to się robi w PO

Pojawiające się każdego dnia nowe rewelacje na temat infoafery sprawiły, że w cieniu znalazł się bardzo ciekawy wątek ostatnich działań CBA. Idzie o sprawę firmy CAM Media, seryjnie wygrywającej przetargi publiczne, w tym na obsługę polskiej prezydencji w Unii Europejskiej. Wspomnianej wcześniej Monice F. zarzuca się, że brała udział w ustawieniu tego wartego 34 mln zł przetargu, w którym najprawdopodobniej doszło do zmowy cenowej firm – a jedną z nich miała być właśnie CAM Media (spółka prowadziła także kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej w 2011 r.).

O CAM Media stało się głośno za sprawą kłopotów byłego już ministra transportu Sławomira Nowaka, jego prywatnych kontaktów z właścicielami firmy oraz słynnego luksusowego zegarka niewpisanego do oświadczenia majątkowego. Wedle Nowaka feralny zegarek miał być zakupiony przez działacza PO Piotra Wawrzynowicza. W liczbie kolejnych wersji prawdy w aferze zegarkowej można się pogubić, ale nie dajmy się nabrać – nie zegarek jest tutaj najważniejszy, ale to, że wychodząc od tej sprawy, łatwo przejść do szerokiej panoramy praktyk Platformy Obywatelskiej i ludzi, którzy za nimi stoją.

Sprostowanie:

Nieprawdziwa jest zawarta w tekście Piotra Goćka i Wojciecha Wybranowskiego „Polska w sieci Platformy” („Do Rzeczy” 44/2013) informacja, że „niezależnie od trybu przetargu i tak na każdym jego etapie pojawia się akceptacja ze strony pełnomocnika ministra ds. kontroli zarządczej i procedur antykorupcyjnych”. Pełnomocnik Maciej Wnuk opiniuje jedynie wnioski o udzielenie zamówienia w trybie „z wolnej ręki”, sprawdzając, czy taki wybór nie jest nadużywany. To jedna z wdrożonych procedur antykorupcyjnych, zgodna z międzynarodowymi standardami.

Rafał Sobczak

Zastępca dyrektora w Ministerstwie Spraw Zagranicznych

Czytaj także

 0

Czytaj także