Ameryka tą operacją udowodniła, że ma zdolności dużo większe do oddziaływania w polityce bezpieczeństwa niż jakiekolwiek inne państwo. W tym sensie, jako nasz sojusznik w NATO, państwo, które rozlokowało 10 tys. swoich żołnierzy [na terytorium Polski] udowadnia, że na dobrego konia stawiamy – bo jest to koń, który jest w stanie realizować politykę twardą, gdy uzna, że jest to w jego interesie". W ten sposób szef prezydenckiego Biura Polityki Zagranicznej Marcin Przydacz skomentował agresję USA na Wenezuelę. W tej wypowiedzi charakterystyczne jest przyjęcie jako w zasadzie dogmatu, że ów amerykański interes w tym wypadku, ale też w ogóle, jest tożsamy z polskim. Co jest założeniem błędnym.
W naszym kraju panuje mentalność służalcza, czasem niezbyt szczęśliwie określana jako postkolonialna. Oznacza ona, że większość przedstawicieli elity ma swojego zagranicznego patrona czy suwerena. Strona, umownie mówiąc, koalicyjna za takiego uważa "Europę" – najważniejsze stolice, które na razie pozostają niezmiennie w głównym nurcie (choć może się to zmienić choćby po kolejnych wyborach prezydenckich we Francji, najbardziej eurosceptycznym z krajów UE według sondażu magazynu "Le Grand Continent"), czy organy Unii Europejskiej, przede wszystkim Komisję Europejską. Strona PiS-owska z kolei niezmiennie wpatrzona jest w Waszyngton z takim samym bezkrytycznym uwielbieniem i uzależnieniem, jak Ignacy Rzecki wpatrzony był we własne złudzenie o Napoleonie Bonapartem. Pan Przydacz zalicza się do tej drugiej grupy.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
