Było to ćwierć wieku temu, chyba już po premierze filmu „Cześć, Tereska”; nagrywałem wywiad z Robertem Glińskim dla Radia Plus o polskim kinie historycznym – a właściwie o jego braku. Podczas prywatnej części rozmowy gość nie krył rozgoryczenia sytuacją w tzw. branży. Marzył mu się film o Katyniu, ale ponieważ podobne zainteresowanie wyraził mistrz Andrzej Wajda, wiadomo było, że temat jest zarezerwowany i nikt inny pieniędzy na kręcenie takiego projektu nie dostanie. Sześć lat później do kin wszedł film Wajdy i tzw. branża uznała, że temat jest zamknięty, bo odfajkowany. Fakt, że z sukcesem, bo „Katyń” dostał przecież nominację do Oscara, ale gdyby nie miał, to temat zamknięty byłby i tak. Po co kręcić drugi film, skoro tylu głodnych czeka na ministerialne dotacje?
Pyrrusowe zwycięstwo
Reguły rządzące kinem III RP nigdy nie były zdrowe, zasady promowania (lub nie) polskiego kina historycznego nigdy nie były jasne, zbyt wiele zależało od tego, jak bardzo używano historii w bieżących politycznych rozgrywkach.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
