Gasło, gasło i zgasło. Nie ma już we mnie ani krzty ekscytacji faktem, że za kilka dni do kin trafi nowy film z uniwersum „Gwiezdnych wojen”. A przecież jeszcze nie tak dawno z ciekawością oglądałem pierwszy sezon serialu „Mandalorian” (2019). Nieco dawniej sarkałem na film „Han Solo: Gwiezdne wojny – historie” (2018), lecz wciąż bawiłem się na nim nieźle. I naprawdę ucieszyłem się, widząc starego Marka Hamilla powracającego do roli Luke’a Skywalkera w trylogii sequeli (2015–2019). Nostalgia to potężna siła napędzająca dziś popkulturę i ja tej nostalgii ulegałem. Bo czemu nie?
Dziś nie oczekuję od sagi „Star Wars” już niczego. Ewentualny sukces filmu „Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu” niewiele odmieni, ewentualna kasowa porażka niczego nie zmieni. Katastrofa już nastąpiła, gwiezdna saga mało kogo dziś ekscytuje, a już najmniej tych, którzy piszą, kręcą i produkują jej kolejne odsłony. Jak do tego doszło? Dlaczego „Gwiezdne wojny” umierają?
Coś innego
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
