Kubańczycy nazywają je „oczami i uszami” reżimu Castro. CDR-y rozsiane są gęsto po całej Kubie, w Hawanie znajdziemy je w każdym kwartale. Niemal każdy dorosły Kubańczyk „z automatu” zapisany jest do swojego sąsiedzkiego CDR. Komitety Obrony Rewolucji (Comités de Defensa de la Revolución – CDR) to miejsca, w których reżim – dzięki służącym tam partyjniakom – przygląda się postawie ludzi żyjących w sąsiedztwie i reaguje na wszelkie „nieprawomyślne” zachowania. A przynajmniej w teorii tak to wygląda, bo praktyka bywa już różna.
– W Hawanie wynajmuję mieszkanie w kamienicy. Po drugiej stronie ulicy mieści się CDR – mówi w rozmowie ze mną Andrzej (imię zmienione), 50-letni polski przewodnik, który co roku spędza kilka miesięcy na Kubie. – Niedawno zapytałem siedzącą tam kobietę, czy jej zdaniem Amerykanie „wejdą” i generalnie co przyniesie przyszłość. Bez sugerowania, co sam o tym myślę. Ta kobieta wyszła ze mną na zewnątrz i powiedziała po cichu: „Tak źle nigdy jeszcze nie było. Mam nadzieję, że »wejdą« i to się wreszcie skończy”.
Odcięcie przez Trumpa na początku roku paliwa z Wenezueli wzmogło kryzys na Kubie, ale nie sposób powiedzieć, że to wtedy zaczął się kataklizm gospodarczy. Od pandemii, gdy po raz pierwszy na Kubie zabrakło turystów, ten kraj nie może się wygrzebać z kryzysu. Efektem jest exodus na niespotykaną skalę. Szacuje się, że w ciągu ostatnich sześciu lat Kubę opuściło nawet 1,5 mln ludzi (oznaczałoby to, że jej populacja spadła z 11 mln do 9,5 mln).
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
