Kiedy w Polsce pada słowo „Chiny”, dyskusja niemal natychmiast wpada w jedną z dwóch kolein. Pierwsza to fascynacja: Chiny jako wzór sprawczości i długofalowego planowania, którego Zachód powinien się nauczyć. Druga to lęk: autorytarne mocarstwo, technologiczny Lewiatan, państwo kontroli i strategiczne zagrożenie. Obie reakcje są zrozumiałe i obie są niebezpiecznie wygodne, bo zwalniają z myślenia.
41. Interdyscyplinarna Konferencja TIGER w Akademii Leona Koźmińskiego, która odbyła się 26 maja, była ciekawa właśnie dlatego, że nie pozwalała pozostać przy żadnym z tych uproszczeń. Nie była ani peanem na cześć Pekinu, ani debatą o „chińskim zagrożeniu” w tonie zimnowojennego automatyzmu. Była próbą nazwania faktu, z którym Zachód wciąż ma kłopot: Chiny przestały być wyłącznie wielką gospodarką i konkurentem USA. Stały się odrębną propozycją organizacji państwa, rynku, technologii i cywilizacyjnej tożsamości. A to znaczy, że są dla nas testem, nie tylko gospodarczym, ale i intelektualnym.
Kołodko: Chinizm zamiast zaklęć
Najostrzej sprawę postawił prof. Grzegorz W. Kołodko. Jego teza brzmi prosto: chińskiego sukcesu gospodarczego nie da się zrozumieć bez chińskiego systemu politycznego. Można go krytykować, wskazywać na autorytarny charakter, cenzurę, brak pluralizmu. Nie można jednak udawać, że ten sam system nie stworzył równocześnie olbrzymiej zdolności państwa do długofalowej mobilizacji. To nie jest już klasyczny socjalizm ani liberalny kapitalizm, lecz coś trzeciego „chinizm": unikatowa synergia państwa, rynku, kapitału i długofalowej strategii.
W tym ujęciu Chiny nie są wyjątkiem od teorii modernizacji. Stanowią onewyzwanie rzucone tej teorii. Zachód przez dekady powtarzał, że rozwój gospodarczy doprowadzi do liberalizacji, a globalizacja ucywilizuje autorytaryzm. Tymczasem Chiny wzbogaciły się i zbudowały potężne firmy technologiczne, nie przechodząc w stronę zachodniego modelu.
Kołodko nie twierdził, że autorytaryzm jest lepszy od demokracji. Jego teza była subtelniejsza: w pewnych wymiarach chiński system okazał się funkcjonalny. „Chinizm cechuje większa zdolność do działania długookresowego, większa sprawczość makroekonomiczna, skuteczniejsza polityka przemysłowa, szybsza decyzyjność i większa zdolność do skoordynowanego wysiłku zbiorowego” – mówił.
Były wicepremier dotknął też kwestii społecznej legitymizacji ustroju. W zachodniej debacie zakładamy często, że społeczeństwo bez liberalnej demokracji musi być z definicji niezadowolone. Tymczasem badanie Ipsos z 2023 roku pokazywało, że w Chinach kontynentalnych aż 91 proc. respondentów deklarowało się jako „bardzo” lub „raczej” szczęśliwi, przy średniej globalnej 73 proc. i 58 proc. dla Polski. Takie sondaże w państwach autorytarnych wymagają ostrożności, ale wielu Chińczyków może oceniać własne życie przez pryzmat bezpieczeństwa, awansu i porządku, a nie procedur demokratycznych. Profesor podsumowywał to apelem, by do takich spraw „podchodzić kompleksowo, a nie wybiórczo”, bo inaczej widzimy tylko fragment.
Ambasador Chin: Energia jako język przyszłej potęgi
Oficjalną narrację Pekinu przedstawił Lu Shan, ambasador ChRL w Polsce. Chińska dyplomacja coraz rzadziej mówi językiem rewolucji, a coraz częściej językiem stabilności, rozwoju i modernizacji. Pojawiła się klasyczna retoryka Pekinu: wielobiegunowość, inkluzywna globalizacja, sprzeciw wobec „logiki konfliktu” oraz budowa „wspólnoty losu ludzkości". „Rozwój Chin wniesie do świata więcej stabilności i przewidywalności” – mówił dyplomata.
Centralnym tematem wystąpienia była energia. W XXI wieku energetyka to już nie tylko sektor gospodarki, lecz pole geopolityki i technologicznego uzależnienia. Jak ujął to ambasador, charakter tego sektora zmienia się głęboko: od zależności od zasobów naturalnych przechodzimy do zależności od technologii i zdolności produkcyjnych.
W starej epoce potęgą energetyczną był ten, kto miał ropę, gaz i węgiel. W nowej liczy się ten, kto posiada technologię produkcji, skalę przemysłową, baterie, falowniki i sieci. Liczby mówią same za siebie. Pekin już w 2020 roku zadeklarował dążenie do szczytu emisji CO₂ przed 2030 rokiem i neutralności węglowej przed 2060 rokiem. Według analizy Carbon Brief i CREA za 2025 rok sektory czystej energii odpowiadały za 15,4 bln juanów, czyli około 11,4 proc. chińskiego PKB. Wytworzyły one ponad jedną trzecią wzrostu gospodarczego kraju. Międzynarodowa Agencja Energetyczna zwraca uwagę, że udział Chin w globalnych etapach produkcji paneli słonecznych przekracza 80 proc.
Tę przewagę ambasador przedstawiał jako ofertę dla Polski, wskazując, że oba kraje długo były zależne od węgla i obawiają się, że zbyt szybka transformacja wywoła presję gospodarczą. Współpraca z Chinami, przekonywał, pomoże Polsce taniej prowadzić transformację oraz stworzyć „bardziej zróżnicowany i zdrowy rynek nowych źródeł energii”.
Panel: język, kultura i uzbrojona globalizacja
Najwięcej napięć intelektualnych przyniosła debata panelowa, w której spotkali się prof. Dominik Mierzejewski, prof. Marcin Jacoby i Sergiej Druczin z ALK, a ich głosy złożyły się na obraz mocarstwa działającego jednocześnie na poziomie języka, kultury i systemu. Mierzejewski zwrócił uwagę na język: Chińczycy rzadko mówią wprost, że mają model do eksportu, mówią o „doświadczeniach”, bo słowo „model” sugerowałoby narzucanie.
Najmocniej zabrzmiało jego odwrócenie ról: „Do pewnego momentu Zachód myślał, że uda się zsocjalizować Chiny z Zachodem. Tymczasem to niekoniecznie idzie w tę stronę. To raczej my mamy się socjalizować z Chinami, a nie Chiny z nami” – skomentował. Badacz nie ukrywał, że współpraca regionu z Pekinem przynosiła rozczarowania: „z czasem zaczęliśmy się orientować, że po drugiej stronie mamy model ekonomiczny, z którym bardzo ciężko się współpracuje” – ocenił.
Profesor Jacoby dołożył do tego warstwę kulturową, przypominając, że chińska polityka wyrasta z głębokich kodów cywilizacyjnych, czyli relacyjności, dążenia do harmonii i szczególnego stosunku do władzy: „To, na co my w Europie nie pozwolilibyśmy rządzącym, w tradycji chińskiej spotyka się ze znacznie większym przyzwoleniem. Jest większa wiara w to, że rządzący podejmują decyzje dobre długofalowo dla całej grupy”. To on rzucił też najcelniejszą metaforę tej debaty: „Chińczycy zbudowali windę, która wygląda najatrakcyjniej, i robią wszystko, żeby to była jedyna winda, którą można pojechać na górę” – skomentował.
Sergiej Druczin przesunął debatę na poziom systemowy, odrzucając tezę o końcu globalizacji: nie żyjemy w epoce jej zmierzchu, lecz w epoce, w której została ona uzbrojona. „Globalizacja stworzyła mechanizmy, które dzisiaj są wykorzystywane do kontroli i nacisku” – skomentował. Opisał on koncepcje „weaponized interdependence” Henry'ego Farrella i Abrahama L. Newmana z 2019 roku. Mówi ona o tym, że globalne sieci gospodarcze, finansowe i informacyjne nie są neutralnymi kanałami wymiany, lecz mogą stać się narzędziami przymusu, bo państwo kontrolujące kluczowy węzeł może obserwować przepływy, blokować dostęp i wymuszać zachowania.
„Instytucje i infrastruktury stworzone pierwotnie na potrzeby globalizacji: internet, systemy informacji finansowej, globalne sieci komunikacyjne, dziś są wykorzystywane w sposób, którego trzydzieści lat temu nie zakładano” – tłumaczył. Najlepszym przykładem jest SWIFT, czyli system komunikacji finansowej, który stał się także instrumentem nadzoru i sankcji. Po zamachach z 11 września 2001 roku amerykański Departament Skarbu uruchomił na jego danych program śledzenia finansowania terroryzmu. „Wszystko to, co zostało stworzone jako infrastruktura globalizacji, obecnie może stawać się narzędziem geoekonomii" – przekonywał Druczin. Zarazem przestrzegał przed łatwą tezą o deglobalizacji: „Czasem słyszy się, że mamy koniec globalizacji. Moim zdaniem to nie jest prawda. Jeżeli zastosujemy najprostszy wskaźnik, czyli rozmiar handlu międzynarodowego, widzimy raczej spowolnienie wzrostu (...), ale nie wyraźny spadek” – mówił. Świat się nie deglobalizuje. Raczej dzielion globalizację na bloki i buduje alternatywne infrastruktury. Dla Polski wniosek jest prosty: od zależności uciec się nie da, można jedynie wybierać, które akceptujemy i jak je dywersyfikujemy.
Jacoby mówił też o miękkim oddziaływaniu Pekinu na młodych ludzi na Zachodzie. Starsze pokolenie kojarzy Chiny z komunizmem, cenzurą i fabrykami, młodsze ogląda na YouTubie i TikToku Shenzhen, szybkie koleje, auta elektryczne i państwo, które „dowozi”. Wskazał jednak paradoks: mimo silnie nacjonalistycznego dyskursu, w którym Ameryka upada, a Chiny mają własny pomysł, „istnieje niezmienne dążenie, żeby być jak Amerykanie”. Na koniec przywołał anegdotę o Charliem Mungerze, wspólniku Warrena Buffetta, zapytanym, dlaczego Berkshire Hathaway tak fascynuje Chińczyków: „Munger odpowiedział, że dlatego, ponieważ on i Warren Buffett brzmią bardzo konfucjańsko”. Długoterminowość, cierpliwość, ostrożność, szacunek do reputacji i relacji – wszystko to brzmi w chińskich uszach znajomo.
Chiny jako producent wiedzy
Osobny, mocny akcent postawił w wykładzie prof. Waldemar Karpa, który wniósł wątek być może najważniejszy: produkcję wiedzy. Kto wciąż myśli o Chinach jak o montowni świata, tkwi mentalnie dwie dekady wstecz. „Chodzi o produkcję wiedzy: o pomysły, które są nowatorskie, a zarazem mają zapewnić Chinom emancypację i hegemonię technologiczną” – tłumaczył profesor.
Chiny nie chcą już tylko wykonywać cudzych projektów. Chcą one projektować i tworzyć technologię, być nie poddostawcą, lecz architektem rynku. Karpa wskazywał na twarde dane. „The Economist” pisał w 2024 roku, że Chiny stały się naukowym supermocarstwem. Natomiast Nature Index pokazuje, że są one dziś globalnie pierwsze pod względem udziału w wysokiej jakości publikacjach w chemii, naukach fizycznych oraz naukach o Ziemi, a drugie w naukach biologicznych i medycznych. Szczególnie podkreślał materiałoznawstwo, które tylko z pozoru jest niszowe. Chiny zrozumiały, że innowacje materiałowe pozwalają szybko zdobywać przewagi konkurencyjne.
„Chińczycy nie psują rynku. Raczej stają się market designerem. Oni ten rynek nowej wiedzy w jakimś stopniu kreują” – ocenił wykładowca. Zachód przez lata pocieszał się, że Chiny tylko kopiują. Dziś Chiny coraz częściej tworzą, ulepszają i skalują szybciej niż konkurenci. Karpa podbudował to endogeniczną teorią wzrostu Paula Romera, który w klasycznym artykule z 1990 roku pokazał, że wzrost może być napędzany przez technologię powstającą w wyniku świadomych decyzji inwestycyjnych, a idee są dobrem szczególnym, używanym przez wielu naraz, rozwijanym i mnożonym. „Przez bardzo wiele lat uważaliśmy, że wzrost gospodarczy jest ciągnięty przez akumulację kapitału. Postęp technologiczny był traktowany jako coś egzogenicznego” – wyjaśniał.
Tu pojawił się najbardziej ironiczna konkluzja tej konferencji. Omawiana teoria powstała w zachodniej ekonomii, ale to Chiny potraktowały ją jak instrukcję obsługi państwa rozwojowego. „Z jednej strony mamy amerykańskiego profesora Paula Romera, a z drugiej Xi Jinpinga, który mówi językiem endogenicznej teorii wzrostu. Jak dla mnie bomba” – mówił Karpa. I dodał, że w Chinach nie kończy się na deklaracjach. Gdy partia wyznacza cele w planach pięcioletnich, uruchamia system finansowania, uniwersytetów, przedsiębiorstw i władz lokalnych. „Te słynne i trochę u nas wyśmiewane chińskie pięciolatki się sprawdzają. Oni rzeczywiście to wzięli. Oni to dowiedli”- skomentował.
Cła nie wystarczą
Najostrzejsza była jednak diagnoza odpowiedzi Zachodu: z Chinami nie wygra się samymi cłami. Karpa zwracał uwagę, że Europa często myli regulację z polityką przemysłową. Potrafi ona napisać strategię i powołać fundusz, gorzej idzie jej szybkie skalowanie przemysłu i budowa technologicznej masy krytycznej. Karpa przywołał przykład niemieckiej motoryzacji, która jest pod presją chińskich producentów aut elektrycznych. Według „Financial Times" zagraniczni producenci coraz częściej traktują Chiny nie tylko jako rynek, ale i bazę produkcji oraz innowacji dla aut sprzedawanych globalnie. „Niemcy przestali oglądać się wyłącznie na Unię Europejską czy własny rząd. Przenoszą do Chin designerów, naukowców i specjalistów. Po co? Aby tam współpracować i tworzyć nową wartość dodaną” – mówił profesor. Można oburzać się na utratę europejskiej suwerenności przemysłowej, ale warto zapytać, dlaczego niemieckie firmy to robią? Odpowiedź prosta: przyszłość samochodu elektrycznego, baterii i oprogramowania nie rozstrzyga się już wyłącznie w Stuttgarcie czy Wolfsburgu, lecz także w Szanghaju, Shenzhen i Hefei.
„Minął czas złudzenia, że Chiny da się pokonać cłami, zaporami, ograniczaniem dostępu do rynku czy de-riskingiem. Nie tędy droga” – ocenił mówca. To powinno być jednym z najważniejszych zdań polskiej debaty gospodarczej. De-risking jest potrzebny, dywersyfikacja konieczna, ale nie mogą być elegancką nazwą dla intelektualnej kapitulacji. Nie wystarczy powiedzieć „ograniczmy zależność od Chin”; trzeba jeszcze odpowiedzieć, czym ją zastąpimy. To być może najtrwalszy wniosek z konferencji. Podział „Zachód kontra Chiny” jest bardziej skomplikowany, niż lubią sądzić ideologowie po obu stronach. Chiny nie są anty-Zachodem, ale są Zachodem przetworzonym przez chińskie państwo cywilizacyjne. Dla Polski wynika z tego lekcja realizmu: chińskiej oferty nie należy ani odrzucać odruchowo, ani przyjmować naiwnie. Trzeba ją rozegrać, a do tego potrzebna jest własna strategia polityczna i gospodarcza.
