Jestem już trzeci raz w tym szczególnym, bo katolickim kraju na bardzo mało chrześcijańskim kontynencie. Jestem w kraju ludzi naprawdę wierzących, co widać w kościele, obojętnie, czy to w stolicy Manili, czy prowincji Ifugao, gdzie kreślę te słowa. A poza stolicę wyjechać warto, bo bez tego, tak jak w Polsce, nie zrozumie się kraju i społeczeństwa. Oprócz pobytu w Ifugao byłem w Nueva Vizcaja, Mountain Province i Benguet.
We wtorek o świcie przybywam do Banaue po ośmiogodzinnej podróży samochodem z Manili. Tak długo jadę, choć to tylko 250 km! Drogi jednak są takie, jakie są. I tak to nic w porównaniu z późniejszą podróżą z Sagady w Mountain Province do Tinoc w regionie Ifugao: na GPS pokazuje dystans 101 km i czas: 3 godz. 31 min!
Domy budują tu tradycyjnie na czterech śliskich palach. Śliskich, żeby nie mogły wejść po nich szczury. Na parterze się mieszka, wchodząc po drabinie, którą potem wciąga się na górę. Na strychu suszy się ryż. Domy tradycyjnie kryte są słomą. Ale budowany nowy ratusz – „capitolio” – będzie oczywiście już nowoczesnym budynkiem. Po drodze widzę hasła: „Make Banaue green and clean”. Ten drugi postulat jest doprawdy całkowicie zasadny.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
