W Kościele katolickim obowiązuje Tradycja – a zatem to, co Pan Bóg Kościołowi objawił, co jest zapisane w Piśmie Świętym, czego uroczyście nauczają papieże i sobory. Są jednak duchowni i świeccy, którzy uważają, że należy dodać jeszcze jeden "organ" Tradycji: współczesną naukę. Bywa, że posuwają się do wygłaszania niesamowitych wręcz tez, które – gdyby potraktować je poważnie – obalałyby uświęcone prawdy; tylko po to, by zachować zgodność z tym, co jawi się jako obowiązujący paradygmat naukowy.
Taka postawa jest po ludzku zrozumiała: człowiek zawsze chce być na czasie. Dzięki temu może mieć poczucie adekwatności pomiędzy własnym życiem a całym światem. Kto głosi "przestarzałe" poglądy, ten może czuć się społecznie martwy. Mówi, ale nikt go nie słucha; głosi, ale wszyscy się z niego śmieją. Kiedy wpisać się w to, co dominujące i popularne, sytuacja staje się zupełnie inna; otwiera się droga do społecznego uznania. Ten mechanizm poszukiwania adekwatności jest dość mocno wpisany w ludzkie działanie. Wystarczy pomyśleć, że wielkie cywilizacje starożytne rozwijały systemy społeczne i kulturę na podobieństwo wyobrażeń o Kosmosie: stąd tak wielka i utrzymująca się przez tysiąclecia popularność astrologii, która stwarzała złudzenie zgodności życia pojedynczego człowieka z rytmem całego Kosmosu. Chcemy być "na czasie" – to ludzka potrzeba.
