Autor od kilku lat mieszka w Umbrii i o niej pisze w tej właśnie publikacji.
W Polsce kuchnia włoska jest popularna od paru lat – już niemowlęta karmione są spaghetti z bazylią, zamiast – jak kiedyś – zupką jarzynową bez smaku. (Przykład z życia – znajoma starsza pani skarżyła mi się, że jej trzydziestoparoletnie dzieci są tak zafascynowane włoską kuchnią, iż karmią nią rocznego synka).
Ale to, co znamy, te kilka modnych potraw, które znajdują się obecnie w karcie prawie wszystkich restauracji od morza do Tatr, nijak się ma do prawdziwej regionalnej, tradycyjnej kuchni włoskiej.
Autor "Via Flaminia" opowiadał głównie o umbryjskiej kuchni ludowej, prostej i świeżej, opartej na dostępnych na miejscu składnikach. Przywołał przykład starej odmiany fasoli, której uprawy w pewnym momencie zaniechano.
I oto pojawia się starsza pani, która porządkując dom zmarłego sąsiada, wśród rupieci znajduje garstkę brązowawo-żółtawych ziarenek. Zamiast je ugotować, wsadza do ziemi. Z nasion wyrastają następne. W ten sposób odmiana zostaje wskrzeszona po latach. Jak się to jada? Po ugotowaniu, po prostu z oliwą, oczywiście miejscową.
I tu wracam do amerykańskiej gazety. Nie wątpię, że zanim cokolwiek się ukaże na jej łamach, jest porządnie sprawdzone przez oberredaktorów. Zatem nie mam wątpliwości, że przepisy "New York Timesa" nikogo nie otrują.
Jednak niewątpliwie, jak w każdej redakcji, istnieje presja na nowości, więc załoga działu "cooking" działa pod wpływem ich wymyślania. Rezultat tego jest taki, że czytelnik otrzymuje przepisy skomplikowane, o długiej liczbie składników. Jestem kucharką z długim stażem i prawdę mówiąc, nie miałabym ochoty żadnego z nich spróbować, a już na pewno zrobić. Za to po wysłuchaniu autora "Via Flaminia" na fasolę z oliwą miałabym wielki apetyt. Niestety, staruszki wskrzeszające stare odmiany roślin jadalnych są u nas w niewielkiej dostawie.
Można tylko liczyć na Umbryjczyków. Albo na sadowników, którzy przypomną nam zapomniany smak kronselki.